04 sierpnia

Puller - recenzja

Puller - recenzja

Puller to zabawka, która szturmem podbiła serca psiarzy na całym świecie i mimo upływu lat wciąż nie traci na popularności. Za granicą organizowane są nawet zawody z jej udziałem. Postanowiłam na własnej skórze przekonać się, w czym tkwi fenomen tego niepozornego fioletowego ringo.

Zanim przejdę do części właściwej, czyli swojej opinii, chciałabym krótko przedstawić recenzowany produkt.
Puller jest intensywnie fioletową obręczą wykonaną z gęstej, zwartej pianki i dostępną w aż 5 rozmiarach: micro, mini, midi, standard i maxi. Oryginalnie Pullery sprzedawane są w zestawach składających się z dwóch sztuk zabawki (wyjątek stanowią Pullery maxi - do kupienia pojedynczo), jednak coraz więcej sklepów umożliwia nabycie jednego ringo (niezależnie od rozmiaru).


 
Na przetestowanie i zrecenzowanie naszego Pullera w rozmiarze midi dostaliśmy dwa tygodnie. Nie da się ukryć, że nie jest to zbyt długi okres czasu, dlatego jeśli w ciągu kilku najbliższych miesięcy moja ocena zabawki ulegnie zmianie (albo po prostu najdą mnie nowe spostrzeżenia na jej temat) - edytuję post.

Do rzeczy.
Moim zdaniem jednym z dwóch największych atutów Pullera jest jego wszechstronność, mnogość zastosowań.
Nazwa zabawki nie pozostawia złudzeń (ang. pull - ciągnąć) - Puller ma służyć przede wszystkim do przeciągania się z psem. Tworzywo, z którego wykonane jest ringo, ułatwia zwierzęciu mocny, pełny, stabilny chwyt, a jego kształt chroni dłonie właściciela przed przypadkowym ugryzieniem.
Kolejnym proponowanym przez producenta ćwiczeniem są skoki do trzymanego w ręce Pullera - najlepiej z wykorzystaniem dwóch zabawek, do których pies skacze naprzemiennie.
Puller z powodzeniem może też pełnić funkcję aportu. To nasza ulubiona forma zabawy - Mango uwielbia pogonie za toczącym się krążkiem. Puller ma tę przewagę nad piłką, że podczas biegu za nim trudniej o gwałtowne hamowania i zwroty, co czyni zabawę bezpieczniejszą.
To jeszcze nie wszystkie zastosowania magicznego fioletowego kółeczka - wymieniłam tylko ćwiczenia dotychczas przez nas praktykowane. Ponieważ Puller nie tonie, powinien łatwo wkraść się w łaski entuzjastów wodnych szaleństw, którzy mogą bez przeszkód zabierać go na wypady nad jezioro czy rzekę ze swoimi psami. Wersja maxi jest też przystosowana do amatorskich treningów spring pole (wiszenie).
Jak więc widzicie, użytkownicy Pullera nie mogą narzekać na monotonne, jednakowe treningi, a różnorodność zabaw pozwala zadbać o wszystkie partie mięśni czworonoga.

Drugą zaletą Pullera, która według mnie ma znaczący wpływ na jego popularność, jest unikatowy materiał - zaskakująco lekka pianka, na tyle miękka, że pies może zatopić w niej zęby, wgryźć się (co nie pozostaje bez znaczenia dla wyglądu produktu - poniżej zdjęcie przedstawiające naszego Pullera po kilku krótkich treningach), ale równocześnie bardzo wytrzymała. Za siebie się nie wypowiem, ponieważ Pullera używamy zaledwie od dwóch tygodni, a Mango nie ma niszczycielskich zapędów, ale wiem, że bardzo wielu właścicieli psów o stalowych szczękach go sobie chwali. Oczywiście dużo zależy od rozmiaru zabawki, który powinien być dopasowany do wielkości i siły psiaka. Należy też pamiętać, że Puller to nie gryzak i służy wyłącznie do zabawy z przewodnikiem - pozostawiony ze zwierzęciem sam na sam faktycznie może łatwo ulec zniszczeniu.


Materiał jest super również z innego powodu - nie stwarza niebezpieczeństwa dla psich zębów i dziąseł, nie powoduje tworzenia się ostrych zadziorów, które mogłyby ranić pysk. Po każdej zabawie w piance przybywa wgłębień (śladów po zębach), jednak nie wpływają one na komfort użytkowania, bezpieczeństwo psa czy ogólną trwałość zabawki - mogą co najwyżej razić estetów.


Prócz wyżej wymienionych, Puller posiada także inne walory: wygodnie leży w dłoni, nie nasiąka wodą, łatwo jest utrzymać go w czystości...

Zauważyłam, że producent opisując Pullera często używa określeń w stylu narzędzie szkoleniowe, urządzenie treningowe itp. Myślę, że postrzegając produkt w ten sposób, można tylko niepotrzebnie się rozczarować. Puller jest jedyny w swoim rodzaju, ale to wciąż tylko zabawka i w tej kategorii należy go oceniać. Ja absolutnie się nie zawiodłam i oficjalnie dołączam do wielotysięcznej rzeszy fanów tego fioletowego ringo.


Recenzja powstała we współpracy ze sklepem internetowym petsmile.pl.


24 lipca

Mango - 4 lata

Mango - 4 lata
Mango... Właściwy pies na właściwym miejscu. Moja bratnia dusza. Przyjaciel na dobre i na złe. Fantastyczny nauczyciel i motywator. Źródło wielu inspiracji. Spełnione marzenie i niezastąpiona pomoc w realizacji kolejnych. Wspaniały sportowiec i jeszcze lepszy towarzysz. Niedoskonały ideał. Chart o pełnej sprzeczności osobowości. Whippet z pasją.

Dzisiaj mijają dokładnie 4 lata od dnia, w którym przyszedł na świat, a ja wciąż zastanawiam się, czym sobie na niego zasłużyłam. Borykamy się z kilkoma problemami i nie zawsze potrafimy dojść do porozumienia - co, nawiasem mówiąc, wynika z oszałamiającego podobieństwa naszych charakterów - ale zawdzięczam mu tak niewyobrażalnie wiele, że wątpię, abym kiedykolwiek zdołała się odwdzięczyć.

Urodziny to doskonała okazja do podziękowań, więc dziękuję Ci, Mango - za wszystko. ❤️

Fot. Grzegorz Bukalski

30 czerwca

Speed Dog Kraków - II edycja

Speed Dog Kraków - II edycja
Po trzech tygodniach wypadałoby wreszcie zrelacjonować fantastyczne wydarzenie, w którym wraz z Mango mieliśmy przyjemność wziąć udział. Mowa o naszych pierwszych wspólnych zawodach - Speed Dog Kraków 2018.

Może na początek trochę więcej o samej imprezie.
Speed Dog Kraków to amatorskie zawody sportowe organizowane przez psiarzy dla psiarzy. W tym roku czworonożni zawodnicy rywalizowali ze sobą w następujących konkurencjach:
- skok w dal;
- bieg na bieżni manualnej;
- bieg na czas do właściciela na dystansie 50 m.
Mango próbował swoich sił tylko w tej ostatniej konkurencji.

Gdy zapisywałam nas na zawody, w głowie roiło mi się od czarnych scenariuszy: że Mango wyrwie do innego psa zamiast do mnie, zawęszy się na starcie albo zawróci w połowie drogi. Kiedy podzieliłam się swoimi obawami z mamą, w odpowiedzi usłyszałam, że to byłoby do niego totalnie niepodobne. Wiedziałam, że ma rację, ale wcale mnie to nie uspokajało. Zresztą nie chodziło tylko o start. Na imprezie mieliśmy spędzić cały dzień, a ja nie wiedziałam, jak Mango zachowa się w obecności tylu obcych zwierząt. Owszem, brał już udział w kursie podstawowego posłuszeństwa, dniu otwartym, seminarium - ale nigdy w tak wielkim psiarskim evencie! Speed Dog miał być testem sprawdzającym, czy rudzielec poradzi sobie w warunkach zawodów. A testy mają to do siebie, że bywają naprawdę stresujące. Oczywiście starałam się nie denerwować i muszę przyznać, że nawet mi się to udawało... do momentu, gdy na dzień przed zawodami usilnie tłumione przez tyle czasu emocje skumulowały się w moim organizmie, doprowadzając do bólu brzucha. Mając na uwadze nasze przyszłe starty, koniecznie będę musiała nad tym popracować, bo wychodzi na to, że mimo szczerych chęci wciąż nie jestem w stanie zapanować nad stresem.

Na miejsce (dla ciekawskich: zawody odbywały się na terenie kempingu Krakowianka) dotarliśmy punktualnie. Dałam Mango chwilę na odetchnięcie, rozprostowanie łap po podróży, przespacerowanie się i załatwienie swoich potrzeb, po czym ruszyliśmy dopełnić niezbędnych formalności (odprawa weterynaryjna i rejestracja).
Stojąc z Mango w kolejce do biura zawodów, miałam ochotę skakać z radości. Whippet świetnie odnalazł się w nowej sytuacji, pięknie olewając (ewentualnie uprzejmie obwąchując) kręcące się w pobliżu oraz czekające przed nim i za nim w kolejce psy. Na pochwały reagował wyjątkowo żywo - merdaniem ogona i podskokami ku mojej twarzy.
W biurze zarejestrowaliśmy się, odebrałam pakiet startowy i numerek. Okazało się, że startujemy jako 68. W oczekiwaniu na swoją kolej przespacerowaliśmy się po sąsiadującym z kempingiem parku, zahaczyliśmy też o samochód, o mały włos się przy tym nie spóźniając.
Kiedy z szarpakiem w ręku odbiegałam od przytrzymywanego przez moją mamę Mango, już wiedziałam, że pójdzie nam co najmniej dobrze. Udało mi się bez problemu nakręcić go na zabawkę - wystarczyło, że wyjęłam ją z nerki, a dostrzegłam iskierkę w oku rudzielca. Nie pomyliłam się - Mango przebiegł cały dystans bez chwili zawahania.

Fot. Monika Dybowska

Uzyskany przez whippeta czas (4,25 s), choć słaby jak na jego możliwości, pozwolił mu uplasować się na trzeciej pozycji w rankingu w kategorii medium. Jednak o ostatecznym wyniku miała przesądzić druga runda (pod uwagę brany był lepszy czas każdego z psów).
Po biegu zabrałam Mango na krótki spacer po parku, później chwilę posiedzieliśmy w samochodzie. W tym czasie końca dobiegła pierwsza tura naszej konkurencji i rozpoczęły się biegi na bieżni manualnej. Ze względu na lejący się z nieba żar, który mocno dawał się we znaki zarówno ludziom, jak i psom, sporo osób opuściło kemping, rezygnując z dalszego udziału w zawodach. My wytrwaliśmy, bo cicho liczyliśmy na podium, ale naprawdę nie było łatwo.

Fot. Monika Dybowska

Wreszcie czekał nas drugi bieg. Na szczęście motywacja rudego nie spadła i udało mu się poprawić swój czas - jako pierwszy pies tego dnia przełamał barierę czterech sekund!


Resztę dnia spędziliśmy na oglądaniu startów pozostałych zawodników (biegi, później skok w dal) i spacerowaniu. Niestety zmęczonemu (głównie upałem) Mango w końcu puściły nerwy i z każdą godziną coraz gwałtowniej reagował na inne psy (dzień bez darcia japy to dzień stracony, wiadomo...).

Po 10 godzinach spędzonych na zawodach (swoją drogą, to całkiem zabawne: siedzieliśmy tam tyle czasu tylko po to, by Mango mógł pobiec dwa razy po 4 sekundy) byliśmy porządnie zmordowani. Jednak opłaciło się wytrwale czekać na ogłoszenie wyników. Okazało się, że rudy nieźle dał czadu, na swoich pierwszych w życiu zawodach zgarniając dwa drugie miejsca (w kategorii medium i klasyfikacji generalnej) z czasem 3,93 s. Dodatkowo wypadł najlepiej spośród wszystkich obecnych na zawodach whippetów (a było ich kilka) - i to nawet, gdyby pominąć drugą rundę, której nie doczekały, uciekając ze swoimi właścicielkami przed palącym słońcem. Chyba nie muszę wspominać, jak bardzo jestem dumna, prawda?


Oczywiście stojąc na podium, Mango musiał nakrzyczeć na konkurentkę z pierwszego miejsca... Zazdrośnik skubany.

Fot. Monika Dybowska

W trakcie zawodów Speed Dog Kraków Mango dobitnie dał mi do zrozumienia, że powinnam bardziej w niego wierzyć. Teraz powoli będziemy się rozkręcać - w planach są kolejne zawody, treningi... Szczegółów nie zdradzam, żeby nie zapeszyć, aczkolwiek podejrzewam, że na fanpejdżu prędzej czy później uchylę rąbka tajemnicy. Bierzemy się za dwie nowe dyscypliny. Poza tym celujemy w kolejne edycje Speed Dog Kraków (po ostatniej pozostał mi lekki niedosyt - wiem, że Mango mimo wszystko nie dał z siebie stu procent, w dodatku po przeanalizowaniu naszych startów zauważyłam kilka popełnionych przeze mnie i moją mamę błędów, które z pewnością w jakimś stopniu wpłynęły na uzyskany przez whippeta czas - jednak debiut to debiut), może Top Speed Dog, marzy mi się też SpeedWay... Będzie się działo, mam nadzieję. Co prawda zachowanie Mango wciąż pozostawia trochę do życzenia, ale teraz nie jest to już problem na tyle duży, by mógł przekreślać jego karierę sportową. Wciąż pracujemy nad kontrolowaniem emocji i umiejętnością wyciszania się w trudnych warunkach, ale jestem dobrej myśli.

Wracając do Speed Dog Kraków, bo trochę zboczyłam z tematu... Z pewnością będę pozytywnie wspominać te zawody. Rudy pokazał klasę i mam nadzieję, że nie zamierza zwalniać tempa - dosłownie i w przenośni.





20 czerwca

Francodex: szampon neutralizujący zapachy - recenzja

Francodex: szampon neutralizujący zapachy - recenzja

Zauważyłam, że whippecia sierść z łatwością przesiąka zapachami z otoczenia: tymi przyjemnymi i... mniej. W praktyce oznacza to, że kiedy Mango się wytarza (co niestety zdarza mu się regularnie - szczególnie upodobał sobie padlinę), woń naturalnych psich perfum trzyma się go wyjątkowo długo i bardzo często nie jestem w stanie całkowicie wyeliminować jej nawet porządną kąpielą. Dlatego decydując się na test szamponu marki Francodex, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, o który produkt poprosić. Szampon neutralizujący zapachy zdawał się idealnie wpasowywać w moje - jako właścicielki psa, który nie przepuści żadnej okazji, by się wytarzać - wymagania. Co go wyróżnia? Przede wszystkim zawartość kompleksu składników skutecznie eliminujących nieprzyjemne zapachy. Producent jako przykład podaje woń mokrej sierści, która mi akurat nigdy nie przeszkadzała, ale może są na sali osoby za takową nieprzepadające - dlatego nadmieniam. Warto dodać, że szampon nie zawiera sztucznych substancji maskujących nieprzyjemny zapach - nie na tym polega mechanizm jego działania. Wśród zalet produktu wymienić należy również neutralne pH, które nie podrażnia wrażliwej skóry i zapewnia jej naturalny poziom nawilżenia, a także obecność w składzie ceramidów i niezbędnych kwasów tłuszczowych.


Ponieważ Mango kąpany jest bardzo rzadko - tylko, gdy rzeczywiście zajdzie taka potrzeba - szamponu od lutego użyłam dopiero dwa razy. Jednak przypadki, które mnie do tego skłoniły, były na tyle ekstremalne, że myślę, iż mogę ocenić skuteczność produktu, zachowując przy tym wiarygodność.

Tester jak się patrzy...
Za pierwszym razem whippet postanowił urządzić sobie kąpiel błotną. Ze spaceru wrócił umorusany od stóp (tfu, łap) do głów. Dzięki zastosowaniu szamponu Francodex udało mi się szybko doprowadzić go do stanu sprzed wyjścia z domu - cały brud pięknie zszedł.
Drugi przypadek był wbrew pozorom cięższy, bowiem Mango wytarzał się - i to dość konkretnie. Oczywiście nie mogłam tego tak zostawić - pies wylądował w wannie. Szampon nie zaprzepaścił pokładanych w nim nadziei. Udało mi się w całości pozbyć nieprzyjemnego zapachu, którym przesiąknęła sierść Mango. Jakby tego było mało, futro zyskało wyjątkową miękkość.

Szampon jest dość rzadki, ale dobrze się pieni. Posiada bardzo delikatny zapach. Nie wywołuje żadnych reakcji skórnych. Zdecydowanie nie mogę też narzekać na brak skuteczności. Na ten moment to chyba mój numer jeden przy psie ubóstwiającym tarzanie się.


Recenzja powstała we współpracy z marką Francodex.


20 maja

Gra strategiczna Trixie Move2Win - recenzja

Gra strategiczna Trixie Move2Win - recenzja

Pamiętacie recenzję gry strategicznej Trixie Flip Board? Pisałam w niej, że to nasza pierwsza i prawdopodobnie nie ostatnia zabawka tego typu. I wiecie co? Miałam rację. Od kwietnia testujemy kolejną psią łamigłówkę - ponownie dzięki uprzejmości sklepu internetowego fera.pl. Tym razem mój wybór padł na Trixie Move2Win, czyli zabawkę edukacyjną dla bardziej zaawansowanych psiaków (umownie oznaczoną jako level 3 - o stopień więcej od Trixie Flip Board). Biorąc pod uwagę szybkość, z jaką Mango rozłożył na czynniki pierwsze naszą poprzednią grę, postanowiłam podsunąć mu coś trudniejszego. Dobrze trafiłam - Trixie Move2Win rzeczywiście okazała się niemałym wyzwaniem dla mojego bystrzaka. Ale o tym zaraz. Na początek kilka danych technicznych...


Gra składa się z prostokątnej planszy o wymiarach 34 x 23 cm, kilku szufladek i dwóch stożków. Liczne wgłębienia i otwory umożliwiają ukrycie smakołyków. Zadaniem psa jest odnalezienie pochowanych pyszności i dostanie się do nich, co wymaga sporego zaangażowania i koncentracji.
Przed zakupem polecam przejrzeć filmiki z zabawką - trochę ich jest na YouTubie. Podrzucam krótką produkcję z oficjalnego kanału firmy Trixie.


Trixie Move2Win to produkt w całości wykonany z plastiku. Trudno mi jest ocenić jego wytrzymałość, ponieważ zabawa zawsze odbywa się pod moim nadzorem - pilnuję, żeby Mango niczego nie zniszczył.
Duże udogodnienie stanowią gumowe nóżki, dzięki którym plansza nie ślizga się po podłożu. Dla równowagi wymienię również wadę: każdorazowo po skończonej zabawie należy przetrzeć grę szmatką czy chusteczką, by usunąć ślinę i ślady pozostawione przez wilgotny psi nosek. Dobrze jest również raz na jakiś czas (wiadomo - im częściej, tym lepiej) wyczyścić ją przy użyciu wody. Można posłużyć się zmywarką, choć ja zazwyczaj robię to ręcznie.
Pod wyżej wymienionymi względami Move2Win niewiele różni się od poprzednio przez nas testowanej zabawki. Natomiast jeśli chodzi o poziom trudności, różnica jest naprawdę duża. Move2Win daje więcej możliwości niż Flip Board. Mango intensywniej używa przy niej mózgu, nosa i - co ciekawe - łap. Myślę, że minie jeszcze sporo czasu, zanim uda mu się ją rozpracować.


Podsumowując, po raz drugi się nie zawiodłam. Mam nadzieję, że Move2Win zapewni rudzielcowi wiele godzin rozrywki i zmusi go do wytężenia umysłu. Do niedawna dostarczała mu głównie frustracji - z mojej winy, bo trochę przesadziłam z szybkością nauki, na co zresztą również należy zwrócić baczną uwagę decydując się na zakup zabawki edukacyjnej. Ja na szczęście szybko uświadomiłam sobie swój błąd i zaczęłam od nowa, bardziej dostosowując się do psa. Teraz małymi kroczkami posuwamy się do przodu, czerpiąc przyjemność ze wspólnej zabawy - i tak być powinno.


Recenzja powstała we współpracy ze sklepem internetowym fera.pl.


30 kwietnia

Higiena jamy ustnej psa z marką Francodex

Higiena jamy ustnej psa z marką Francodex

Jak to szło? Żeby zdrowe zęby mieć, trzeba tylko chcieć... Słowa popularnej dziecięcej piosenki niosą wyraźne przesłanie: jeśli naprawdę przyłożymy się do profilaktyki, unikniemy wielu problemów stomatologicznych. Identycznie sprawa ma się z czworonogami - z tym, że one same o siebie nie zadbają. Ich zdrowie jest w rękach właścicieli. Z pomocą przychodzą najróżniejsze produkty o właściwościach dentystycznych. Dzisiaj będziecie mieli okazję przekonać się, jak oceniam cztery z nich: roztwór, pastylki, pastę i przysmaki marki Francodex. Choć znacznie odbiegają od siebie formą, wszystkie powstały w jednym celu, a jest nim zapobieganie osadzaniu się płytki nazębnej. Dały radę?

FRESH DENT 2w1


Fresh Dent 2w1 to roztwór oparty na wyciągu z granatów, przeznaczony do dodawania do wody pitnej. Z wyglądu błękitna ciecz. Posiada specyficzny, dosyć ostry zapach. Nakrętka alias dozownik bardzo ułatwia dawkowanie. Po dolaniu do wody preparat nie zmienia jej barwy.
Muszę przyznać, że podchodziłam do produktu niczym pies do jeża. Jak wynikało z przeczytanych przeze mnie recenzji, nie wszystkim czworonożnym testerom zasmakowała woda z preparatem. Istniało spore prawdopodobieństwo, że i mój francuski piesek dołączy do ich grona. Jednak zaryzykowałam i... nie żałuję. Rudzielec nie gardzi wodą mimo dodatku specyfiku. Innymi słowy: jest dobrze.

Skład: woda, gliceryna.

Dodatki (na kg): emulgatory, przeciwutleniacze (wyciąg z Punica granatum), dodatki sensoryczne, opatentowany niebieski barwnik.


PASTYLKI

  
Również w składzie pastylek znajdziemy wyciąg z granatów. Dodatkowo zawierają także olejki eteryczne z mięty i pietruszki.
Pastylki są dosyć duże, ale podzielne. Ich zapach określiłabym jako miętowy. Zamysł jest taki, że pies ma je żuć samodzielnie. Oczywiście u mojego niejadka to nie przeszło, dlatego posługiwałam się starą jak świat metodą przemytu w jedzeniu.


Skład: węglan wapnia, suszone drożdże piwowarskie.


Dodatki (na kg): naturalny aromat, przeciwutleniacze (wyciąg z Punica granatum, olejek miętowy, olejek z pietruszki).




PRZYSMAKI


Z przysmakami marki Francodex mieliśmy już do czynienia, zresztą nawet dzieliłam się z Wami swoimi spostrzeżeniami na ich temat na blogu. Są twarde i wydzielają delikatny, niedrażniący zapach. Nie brudzą ani nie tłuszczą. Znajdują się w zamykanym strunowo opakowaniu. Dostępne w kilku rozmiarach.
Gryzaki doskonale sprawdzają się w roli przekąsek między posiłkami. Mango uwielbia je żuć. Zazwyczaj dość obficie się przy tym ślini. Pochłonięcie jednego gryzaka zajmuje mu od 5 do 8 minut.
To nasz faworyt spośród przekąsek tego typu. Polecamy!

Skład: skrobia kukurydziana, gliceryna, koncentrat białka sojowego, mąka ryżowa, drożdże, sorbitol, kolba kukurydzy z liśćmi.




ZESTAW DO SZCZOTKOWANIA ZĘBÓW


W skład zestawu wchodzą dwie szczoteczki (jedna nakładana na palec, druga dłuższa, obustronna), a także pasta, która swoją konsystencją przypomina te przeznaczone dla ludzi. Mango do mycia zębów przyzwyczajany był od małego, dlatego i tym razem zabiegi nie robiły na nim wrażenia.
Na minus produktu policzyć mogę jego wydajność - tubka z pastą jest nieduża, więc i na długo nie starczy.

Skład: woda oczyszczona, węglan wapnia, gliceryna, inulina, mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych, tripolifosforan sodu.

Dodatki (na kg): konserwanty, barwniki; karboksymetyloceluloza; olejek anyżowy, olejek z nasion pietruszki, olejek eukaliptusowy, olejek cynamonowy.


EFEKTY STOSOWANIA
Produkty marki Francodex testujemy od prawie trzech miesięcy. Przez ten czas nastąpiła zauważalna poprawa zapachu z pyska Mango. Innych zmian na dzień dzisiejszy nie stwierdzono.


PODSUMOWANIE
Generalnie jestem zadowolona: przysmaki po raz kolejny okazały się strzałem w dziesiątkę, płyn miło mnie zaskoczył, pastę oceniam porównywalnie do dotychczas przez nas stosowanych, a pastylki... hm, trochę szkoda, że rudy nie chce ich jeść, ale też niczego innego się nie spodziewałam, więc nie powiem, żebym się zawiodła. Zresztą wystarczy jakiś serek i po sprawie. 😉


Recenzja powstała we współpracy z marką Francodex.