piątek, 10 listopada 2017

Pierwszy pies - najlepszy nauczyciel


Doskonale pamiętam dzień, w którym odebraliśmy Mango z hodowli. Miałam 13 lat. Byłam podekscytowana, a zarazem przekonana, że wzorowo poradzę sobie z opieką nad szczeniakiem i wychowam go na cudownego psa. W końcu decyzję o wyborze rasy podjęłam bardzo świadomie, maksymalnie dopasowywując ją do swojego trybu życia, możliwości oraz doświadczenia. Dodatkowo od kilku lat namiętnie zaczytywałam się w książkach i czasopismach o tematyce kynologicznej. Wiedziałam wszystko, co niezbędne, a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Cóż więc mogło pójść nie po mojej myśli?
Uśmiecham się, pisząc te słowa, bowiem życie bardzo szybko udowodniło mi, że choć potrafię nauczyć szczeniaka siadania czy kładzenia się na komendę i posiadam najważniejsze informacje z zakresu pielęgnacji, żywienia oraz aktywności fizycznej, tak naprawdę brak mi podstawowej wiedzy i umiejętności. Mango bezlitośnie pozbawił mnie złudzeń odnośnie wychowania czworonoga. Bywał naprawdę nieznośny i nieźle dał mi się w kość. Naszą największą bolączkę stanowiły ucieczki. Na szczęście udało nam się uporać z tym problemem, jednak za różowo być nie mogło - po jakimś czasie znać o sobie dały braki socjalizacyjne. Dodatkowo okazało się, że sport, na którym tak bardzo mi zależało - dogfrisbee - jest praktycznie poza naszym zasięgiem - niestety Mango kompletnie nie podzielał mojego entuzjazmu, kategorycznie odmawiając zabawy dyskami. A to i tak pikuś w porównaniu z wcześniej już wspomnianymi problemami spowodowanymi brakiem odpowiedniej socjalizacji w szczenięctwie.
Wielokrotnie załamywałam ręce, przeklinając dzień, w którym zdecydowaliśmy się na kupno Mango. Wylałam niezliczoną ilość łez z powodu tego małego urwisa. Czułam się straszliwie bezsilna.
Aktualnie, z perspektywy czasu, jestem niesamowicie dumna z naszych postępów - a poczyniliśmy ich sporo, na różnych płaszczyznach - i uważam, że lepszego pierwszego psa niż Mango nie mogłam sobie wymarzyć. Rudy nauczył mnie naprawdę dużo. Dzięki niemu wiem, na co w przyszłości, przy kolejnym czworonogu, zwrócić szczególną uwagę, położyć największy nacisk i jakich błędów się wystrzegać. Whippet pomógł mi poszerzyć szkoleniowe horyzonty i zdobyć masę wiedzy praktycznej. Bardzo to doceniam.

Początki życia z psem pod jednym dachem - nie ważne, kupionym czy z adopcji - zawsze stanowią wyzwanie, mniejsze bądź większe. W końcu musimy odnaleźć się w zupełnie nowej dla siebie roli właściciela tego zwierzęcia. Nic dziwnego, że popełniamy mnóstwo błędów. Oczywiście wiedza teoretyczna jest nie tyle niezwykle istotna, ile wręcz niezbędna, jednak nigdy nie będzie w stanie zastąpić lat praktyki, których wtedy jeszcze nie posiadamy. Pierwszy pies z automatu staje się naszym królikiem doświadczalnym - to na nim testujemy różne metody szkoleniowe i wychowawcze czy techniki żywienia. Niestety błędy popełnione przez początkujących psiarzy często niosą za sobą nieprzyjemne konsekwencje - i tak rodzą się problemy. Może to tylko moje spostrzeżenie, ale spory odsetek psów problemowych stanowią właśnie pierwsze czworonogi swoich właścicieli. Cóż, jednak doświadczenie dużo daje. Oj, dużo.


Praca z psem problemowym uczy cierpliwości oraz umiejętności dostrzegania nawet minimalnych postępów i cieszenia się nimi, a także daje ogromną satysfakcję, której nie da się porównać z niczym innym. Równocześnie zazwyczaj wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i jest trudnym, często bolesnym doświadczeniem. Ja jednak nie żałuję, że trafił mi się czworonóg taki, a nie inny - bardziej zrównoważony, łatwiejszy, lepszy.
Wśród psiarzy funkcjonuje popularne powiedzenie głoszące, że dostajemy takiego psa, jakiego potrzebujemy, a nie takiego, jakiego chcemy mieć. I coś w tym zdecydowanie jest.

Naprawdę warto spojrzeć na swojego pierwszego psa jak na najlepszego nauczyciela, nie źródło problemów, nawet jeśli takowe sprawia. Prawdopodobnie zawdzięczacie mu więcej, niż Wam się wydaje.

wtorek, 31 października 2017

Aptus Eforion - recenzja


Jesień to czas spacerów w wyjątkowo pięknej scenerii i wylegiwania się pod kocykiem po powrocie do domu, ale także... wszechobecnych wirusów. Warto mieć na uwadze, że obiekt ich ataków stanowimy nie tylko my - ludzie, lecz również nasze zwierzęta, które jesienią częściej chorują. W tym ciężkim, sprzyjającym infekcjom okresie staram się wspomagać odporność Mango, dlatego też ucieszyła mnie propozycja współpracy z firmą Aptus, która po raz drugi postanowiła powierzyć nam swoje produkty do testów. Przeglądając jej ofertę, w oczy od razu rzucił mi się Aptus Eforion, czyli suplement diety w formie smakowitego oleju. Co prawda producent reklamuje go przede wszystkim jako preparat poprawiający stan skóry, sierści i pazurów, jednak nie od dziś wiadomo, że suplementacja psa olejem niesie za sobą również wiele innych korzyści - w tym lepszą odporność. Wszystko za sprawą zawartych w oleju nienasyconych kwasów tłuszczowych: omega-3 oraz omega-6, które są częścią systemu odpornościowego organizmu. Ponieważ pies nie jest w stanie syntetyzować ich w odpowiedniej ilości, powinny być mu dostarczane w karmie lub jako karma uzupełniająca.
W skład suplementu Aptus Eforion wchodzą trzy rodzaje olejów. Największą jego część - bo aż 88 procent - stanowi olej rzepakowy. Następny w kolejności jest olej z wiesiołka, natomiast prawdziwa wisienka na torcie to domieszka oleju rybiego. Dodatkowo Aptus Eforion wzbogacony został o witaminę E.

Wygodna plastikowa butelka z dozownikiem znacząco ułatwia dawkowanie preparatu. Małą niedogodność stanowią za to resztki oleju, które zbierają się u wylotu dozownika po jego naciśnięciu i tłuszczą dłonie.
Zgodnie z zaleceniami producenta, butelkę po otwarciu należy przechowywać w miejscu chłodnym.


Jak widać na poniższych zdjęciach, Aptus Eforion to oleista ciecz - żółtawa, niemalże przezroczysta. Posiada bardzo delikatny, a właściwie ledwo wyczuwalny zapach.


Czy stosowanie suplementu przyniosło jakiekolwiek zauważalne efekty?
Przede wszystkim w ciągu ostatniego miesiąca Mango nawet nie kichnął. Poza tym jego sierść jest w świetnej kondycji i nadmiernie nie wypada. Zasługa preparatu? A może niekoniecznie? Trudno powiedzieć, jednak myślę, że to między innymi on przyczynił się do takiego stanu rzeczy.


Podsumowując, moim zdaniem suplementacja psa olejem to świetna sprawa i warto w tym celu sięgnąć po Aptus Eforion, szczególnie w okresie jesienno-zimowym, gdy pogoda zdecydowanie nie rozpieszcza.

Cena produktu oscyluje w granicy 40 zł za 200 ml oleju.

Recenzja powstała we współpracy z firmą Aptus.


poniedziałek, 16 października 2017

Mango - jaki właściwie jest?

Kochany.

Dziękuję za uwagę.


A teraz serio.
Mango to bardzo specyficzny whippet. Uwielbia dźwięk własnego głosu, mógłby szczekać bez przerwy. Straszliwie wybrzydza przy jedzeniu, choć padliną nie pogardzi. Jest uparty niczym osioł i niezależny - jak na charta przystało. Z uwielbieniem wykłóca się i pyskuje. Potrafi strzelić focha, obrażając się na cały świat - np. gdy zwlekam ze spacerem lub wychodzę z domu bez niego. Przyjmuje wtedy bardzo charakterystyczną pozę i wyraz pyska.

Rudy łatwo niecierpliwi się i frustruje. Jest też strasznie cwany. Poważnie. To taki lisek chytrusek z głową pełną pomysłów. Nie brak mu inteligencji, chociaż muszę przyznać, że czasami zachowuje się naprawdę głupio. Instynkt samozachowawczy? Nie stwierdzono. Mango notorycznie pakuje się w kłopoty (zaliczył już między innymi złamanie żuchwy) i jest zadziwiająco odporny na ból - albo po prostu bardzo stara się go nie okazywać.

W życiu codziennym dużą niedogodność stanowi charakterystyczny chyba dla większości whippetów ultrasilny instynkt pogoni. Mango nie odpuści żadnemu kotu, o sarnie czy zającu nie wspominając. Posiada słuch wybiórczy. I jest czujny, bardzo czujny.

To wrażliwiec robiący za twardziela. Wydaje mu się, że jest panem osiedla. Nie toleruje intruzów (w szczególności tych czworonożnych) na swoim terytorium. Do obcych osób podchodzi zazwyczaj z pewną dozą rezerwy i nieufności, choć gości wita aż nazbyt entuzjastycznie (oczywiście nie jest to regułą). W kontaktach z innymi przedstawicielami swojego gatunku bywa naprawdę nieprzewidywalny. Na ogół jest otwarty na nowe znajomości, aczkolwiek niepewny zamiarów zbliżającego się psa, woli trzymać go na dystans. Oczywiście zupełnie inaczej sprawa ma się z czworonogami, które doskonale zna i darzy sympatią. Rudzielec bardzo lubi zabawę z nimi.

Mango - jak to whippet - uwielbia przebywać w towarzystwie człowieka, szuka jego bliskości. Z drugiej strony typowym pieszczochem bym go nie nazwała, gdyż stawia pewne granice, a kiedy nie ma ochoty na głaski, ostro protestuje.
To ciepłolub, który dodatkowo ogromnie ceni sobie wygodę. Bardzo, ale to bardzo denerwuje się, gdy ktoś zakłóci jego odpoczynek. Jest przewrażliwiony na tym punkcie.

To pies jednego pana, a właściwie pani, choć wszystkich członków rodziny darzy głębokim uczuciem, co bezustannie okazuje. Źle znosi rozłąkę. W trakcie wspólnych wyjazdów co chwilę zatrzymuje się i sprawdza, czy jesteśmy w komplecie, a nawet próbuje nas... zaganiać. Natomiast oddalenie się któregoś z członków rodziny choćby o 10 metrów często powoduje, że rudy zaczyna rozpaczliwie popiskiwać. Najwyraźniej obawia się, iż zamierzamy pozostawić daną osobę w miejscu pobytu i wrócić do domu bez niej. Brawo, piesku.

Mango to bardzo emocjonalne zwierzątko. Łatwo jest zgasić go i sprawić, że zamknie się w sobie. Równocześnie charakterny z niego whippet. Charakterny i... zadziorny.

Mango to stan umysłu

Udaje chojraka, a w rzeczywistości jest zwykłym tchórzem.

Bardzo ceni sobie rytuały i jest nadzwyczaj konsekwentny w ich codziennym praktykowaniu.

Chętnie współpracuje z człowiekiem i stosunkowo szybko się uczy. To wulkan energii, uwielbia dynamiczne ćwiczenia. Jest niezwykle zacięty, ale także wrażliwy na nastrój przewodnika - chłonie jego emocje jak gąbka. Bardzo źle znosi wszelką presję, praca zawsze musi opierać się na dobrej zabawie.
Bardzo podoba mi się pewna cecha rudzielca. Mianowicie Mango w to, co kocha, angażuje się całym sobą. To stuprocentowy whippet z pasją.

Cały Mango - nic dodać, nic ująć

Znamy się już - a może właśnie dopiero - trzy lata, ale wciąż poznajemy się i uczymy siebie nawzajem. Mango to pies o barwnej, skomplikowanej osobowości. Daleko mu do ideału, ale sama nie jestem lepsza, tak cudowny czworonóg zasługuje na zdecydowanie wspanialszą właścicielkę. Bowiem mimo licznych niedoskonałości Mango jest przede wszystkim niezwykle kochającym i oddanym przyjacielem. Bardzo liczę na to, że będę mogła cieszyć się jego towarzystwem jeszcze wiele lat.

piątek, 29 września 2017

Nasze ulubione sztuczki - top 5


Sztuczki są czymś, co oboje uwielbiamy. Mango zna ich dosyć sporo, więc wybór ulubionej piątki okazał się trudniejszy niż początkowo zakładałam. Na szczęście udało się, a w efekcie powstał post, który macie przed oczami. Tytuł jest trochę przekłamany, powinien raczej brzmieć Moje ulubione sztuczki - top 5 - gdyby chodziło o sztuczki najchętniej wykonywane przez rudzielca, ranking wyglądałby jednak nieco inaczej. Tymczasem dzisiaj przedstawię kilka trików, które zasłużyły na miano moich ulubionych - z tym, że za najważniejsze kryterium obrałam wykonanie Mango. No bo na przykład bardzo podoba mi się sprzątanie zabawek - zaprezentowane przez niektóre psy wygląda naprawdę imponująco, jednak u nas wymaga jeszcze dopracowania, a właściwie generalizacji, dlatego nie znajdziecie go w rankingu.
Warto dodać, że topka zawiera nasze ulubione sztuczki na chwilę obecną - z czasem z pewnością ulegnie zmianie, w końcu ciągle uczymy się nowych trików. Chciałabym również zaznaczyć, że w poczet sztuczek nie zaliczam kojarzących się typowo z posłuszeństwem komend (jak siad, leżeć, zostań czy chodzenie przy nodze, wszyscy wiedzą o co chodzi).
To co? Zaczynajmy!

1. Stópki
Stópki to sztuczka, która absolutnie zawładnęła moim sercem. Jest strasznie urocza, a w wykonaniu Mango to już w ogóle cud, miód i malinki.
Nauka stópek nie trwała długo, za to cały czas staramy się je doskonalić. Docelowo chcę, żeby rudy nie wiercił się, nie unosił łapek i utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Mam nadzieję (i myślę), że kiedyś uda nam się osiągnąć taki stan - jesteśmy na najlepszej drodze do tego.


2. Osiem
Osiem, czyli slalom między nogami od jakiegoś czasu przysparza nam sporo trudności. Opanowanie tego triku zajęło Mango dość dużo czasu, jednak w końcu zaczęło to wyglądać tak, jak chciałam. W pewnym momencie otarliśmy się nawet o mój osobisty ideał - slalom wykonywany szybko (ale nie chaotycznie) i precyzyjnie. I nagle, nie mam pojęcia dlaczego, wszystko zaczęło się walić. Mango po wydaniu przeze mnie komendy osiem sprawiał wrażenie, jakby kompletnie nie miał pojęcia, czego od niego oczekuję. Może to kwestia zbyt długiej przerwy od treningów, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. Dziwna sprawa. W każdym razie zaczęliśmy mozolną pracę nad slalomem od nowa, choć na pewno nie od zera, bo coś w tym rudym móżdżku czasem jednak zaświta. Na chwilę obecną wygląda to całkiem nieźle, oby tak dalej.

3. Trzymaj
Odkąd nauczyłam Mango trzymania przedmiotów w pysku na komendę, nie wyobrażam sobie, że mógłby tego nie umieć. To naprawdę przydatna sztuczka, idealnie sprawdza się w trakcie sesji fotograficznych. Sprawia wrażenie łatwej do opanowania, paradoksalnie jednak sporo psów ma z nią mniejszy lub większy problem na którymś z etapów nauki. Chyba największą zmorą psiarzy jest w tym przypadku memłanie przedmiotu przez pupila, które pojawiło się i u nas, ale zostało zduszone w zarodku, z czego się bardzo cieszę. Obecnie Mango dzielnie trzyma w pysku najróżniejsze przedmioty, gdy tylko go o to poproszę.

 
4. Suseł
Suseł to taki nasz pewniak. Zdecydowanie nie jest idealny, za to został przeze mnie bardzo mocno utrwalony, dzięki czemu rudy prawie nigdy nie ma wątpliwości, czego od niego oczekuję i rzadko miga się od wykonania polecenia.
Suseł jest świetną sztuczką na świadomość ciała, a wykonujący go Mango wygląda przeuroczo, więc nie mogło zabraknąć go w tym zestawieniu.


5. Przytul
Tę sztuczkę umieściłam tu chyba z sentymentu, bo była jedną z pierwszych, których nauczyłam rudzielca. Nic dziwnego - jest banalnie prosta do opanowania, tym bardziej, jeśli pies garnie się do ludzi.

Mango wykonującego wszystkie wyżej wymienione sztuczki znajdziecie na niedawno opublikowanym przeze mnie filmiku.

A jakie sztuczki Wy określilibyście jako swoje ulubione? Piszcie w komentarzach!

sobota, 16 września 2017

Obroża Wild Craft - recenzja


Wild Craft to licząca sobie 3 wiosny firma z akcesoriami handmade. Jej działalność obserwuję już od dłuższego czasu. Przełomowym wydarzeniem w historii marki było zdobycie wyróżnienia w konkursie TOP for DOG 2016, co jest dowodem na uznanie ze strony klientów. Obecnie Iza i Maciek są w trakcie tworzenia sklepu internetowego, przenieśli się też do większej pracowni i niedawno pochwalili się nową kolekcją, która już teraz cieszy się sporym zainteresowaniem. Wcale się nie dziwię - wzory, które firma Wild Craft wprowadziła do swojej oferty oczarowały również i mnie. Że też musiałam wskazać tylko jeden! Po dłuższym namyśle mój wybór padł na prześliczny i bardzo uniwersalny wzór rainbow paws.


Po otrzymaniu obroży dokładnie się jej przyjrzałam. Na szczęście nie zauważyłam niczego, co wzbudziłoby mój niepokój (typu kiepskiej jakości taśma czy słabe szycia), do testów podeszłam więc bardzo optymistycznie. Moją uwagę przykuły niezwykle żywe, intensywne kolory - zupełnie jak na zdjęciu. Obróżka wykonana została z mocnej taśmy kaletniczej. Rodzaj podszycia stanowi swego rodzaju ciekawostkę. Nie spotkałam się z nim jeszcze u żadnej firmy z akcesoriami handmade. Mowa o tunisie. Jest to przyjemny w dotyku, odporny na ścieranie i nie sprawiający trudności w czyszczeniu materiał. Oto, jak się prezentuje.


Obrożę testujemy już prawie 4 miesiące. Zostaliśmy poproszeni o sprawdzenie jej w możliwie najbardziej ekstremalnych warunkach. Mango najwyraźniej wziął sobie tę prośbę do serca. Obroża była wielokrotnie prana - zarówno ręcznie, jak i w pralce. Ku mej uciesze prawie tego po niej nie widać - jedynie naszywka z logo firmy utraciła śnieżnobiały kolor, a materiał w podszyciu nieco się pomarszczył.
W trakcie trwania testów obroża nie uległa zniszczeniu, w dalszym ciągu ma się świetnie. Pies również nie czuje się w niej niekomfortowo, tunis dobrze sprawdza się w roli podszycia. Gdybym miała się do czegoś przyczepić, może byłaby to ciężka regulacja, ale nie będę drobiazgowa. Ogólnie obroża wypadła świetnie i mogę śmiało polecić ją innym psiarzom, w szczególności obróżkowym srokom, bo koło wzorów oferowanych przez firmę Wild Craft nie sposób przejść obojętnie. W połączeniu z wytrzymałością daje nam to coś bardzo, bardzo fajnego. Nic, tylko zamawiać.


sobota, 2 września 2017

Wakacje 2017 - podsumowanie

Wakacje 2017 upłynęły nam pod znakiem sportów kynologicznych, przede wszystkim dogfrisbee. Poczyniliśmy spore postępy. Myślę, że udało mi się ostatecznie przekonać Mango do tej aktywności. Teraz, kiedy mam już radosnego, szalejącego na widok dysków pieseczka, mogę skupić się na bardziej technicznych aspektach dogfrisbee. Co prawda z motywacją wciąż różnie bywa, o czym miałam okazję przekonać się chociażby na seminarium, w którym ostatnio wzięliśmy udział (relację znajdziecie na dole wpisu), niemniej patrząc te dwa lata wstecz, widzę ogromny progres - i tego będę się trzymać.
Wraz z nadejściem jesieni, a później zimy robimy sobie przerwę z treningami frisbee, planuję za to więcej uwagi poświęcić obedience czy raczej wybranym elementom tejże dyscypliny - trochę sobie poćwiczymy, ale bez większych ambicji, na spokojnie, w domowym zaciszu. Długie jesienne i zimowe wieczory to idealny czas. Tym bardziej, że wraz z pojawieniem się większych mrozów nasze spacery najprawdopodobniej ulegną drastycznemu skróceniu, a stymulacja umysłowa jest świetną alternatywą dla dłuższych wędrówek.


A skoro już przy obi jesteśmy... 29 lipca pojawiłam się - w roli obserwatora, gdyby ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości - na zorganizowanym przez Dominikę z bloga Pies do kwadratu wydarzeniu o wdzięcznej nazwie Oszustwo do kwadratu. Cóż to takiego? Ot, zawody treningowe obedience, tyle że - cytuję - bez sędziego, punktów, pucharków, dyplomów i zdjęć na fejsika.
Było świetnie. Dominika bardzo postarała się, jeśli chodzi o organizację, a psiaki pracowały z prawdziwym zaangażowaniem - i to mimo panującego upału. Za każdym razem, gdy mam okazję podziwiać zawodników obedience w akcji, wpadam w zachwyt. Nie inaczej było i tym razem. Fantastyczna inicjatywa, naprawdę!
Ring został zdominowany przez owczarki australijskie i belgijskie, choć nie zabrakło również przedstawicieli innych ras. Zresztą zobaczcie sami.


19 sierpnia mieliśmy przyjemność uczestniczyć w seminarium z Martą Parcewicz. Było to pierwsze semi, w którym wzięliśmy czynny udział. Do tego dochodzi fakt, że jestem osobą wyjątkowo podatną na stres, a Mango do grzecznych, bezproblemowych, kochających cały świat piesków zdecydowanie się nie zalicza. Nic więc dziwnego, że zbliżające się wielkimi krokami seminarium spędzało mi sen z powiek. Tyle rzeczy mogło się nie udać! Oczami wyobraźni widziałam non stop drącego japę, niepotrafiącego ani przez chwilę usiedzieć w klatce i totalnie olewającego mnie Mango. Niepotrzebnie panikowałam! Pierwszy - pozytywny, rzecz jasna - szok przeżyłam, gdy okazało się, że rudy bez problemu znosi towarzystwo tylu obcych psów. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo byłam z niego dumna. Nasza praca wreszcie przyniosła upragnione efekty. Stosunkowo spokojne i grzeczne zachowanie Mango otwiera przed nami mnóstwo zupełnie nowych, wspaniałych możliwości. Oby tylko się utrzymało!
Żeby nie było tak kolorowo, rudzielec wszystkimi czterema łapami zapierał się przed wejściem do klatki. Przyznam, że została przez nas zakupiona zaledwie parę tygodni temu, niemniej Mango zdążył ją polubić - od początku intensywnie trenowaliśmy klatkowanie, bo zależało mi, żeby whippet w trakcie seminarium czuł się możliwie najbardziej komfortowo. Niestety rudy postanowił pokrzyżować mi plany. W ruch poszły naturalne gryzaki, Mango jednak wciąż nie czuł się przekonany, ostatecznie więc po prostu wepchnęłam go do klatki. Na szczęście whippet nie buntował się dłużej. Wręcz przeciwnie - od razu położył się i... zasnął. Byłam w siódmym niebie. Chciałam tylko, żeby trochę się rozluźnił, a tu proszę - śpi. W obcym miejscu pełnym psów! Niestety wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Rozpoczęły się zajęcia rzutowe, a wraz z nimi dziki lament pozostawionego w klatce Mango. Rudy koncertował przez całe dwie godziny. Masakra. Miałam ochotę go ukatrupić. Co gorsza po tym wydarzeniu Mango na resztę seminarium najwyraźniej zraził się do klatki i nie był w stanie spokojnie w niej odpoczywać. Bałam się, że całkowicie stracił do niej zaufanie. Na szczęście po powrocie do domu whippet prawie od razu wlazł do środka i zasnął. To był dla niego ciężki dzień... Ale wracając do semi: do wykorzystania mieliśmy dwie sesje. Poświęciliśmy je na pracę nad podstawami: motywacją oraz aportem, w szczególności skupiwszy się na wymianie zabawek. Próbowaliśmy też trochę pofrisbować, ale Mango dość szybko stracił zainteresowanie dyskami. Normalnie rzadko mu się to zdarza, ale w tym przypadku rozproszenia zrobiły swoje. Cieszę się, że przynajmniej szarpakami bawił się ładnie. Na uwagę zasługuje fakt, że Marta ma doświadczenie w pracy z chudełami. Dostałam od niej kilka cennych wskazówek, do których postaram się stosować.
Świetna organizacja, miła atmosfera... Pogoda też dopisała. Będę dobrze wspominać to seminarium. Jestem bardzo zadowolona z Mango - no, może nie licząc tego nieszczęsnego klatkowania.
Wspaniałe zwieńczenie wakacji!

A Wy - jak spędziliście ostatnie dwa miesiące? Aktywnie, a może leniwie? Podzielcie się wrażeniami!