poniedziałek, 15 stycznia 2018

2017

Zacznę nietypowo, bo chciałabym na chwilę wrócić myślami do roku 2016, którego niestety nie wspominam zbyt dobrze. Okej, mam mieszane uczucia - rok 2016 nie był jednoznacznie zły, co nie zmienia faktu, że gdybym tylko mogła, z dziką rozkoszą wymazałabym go z historii swojego życia. A 2015? Pasmo porażek, zmartwień, smutku i poczucia winy. Znajdą się również pozytywy, jednak jest ich niewiele.
Bloga prowadzę już od dwóch lat i sześciu miesięcy (by the way, dokładnie co do dnia - pierwszy post: 15.07.2015), ale nigdy nie pisałam rocznych podsumowań. Dlaczego? Chyba po prostu nie chciałam psuć sobie humoru, wspominając przykrości, które mnie spotkały.
2017 był inny. To pierwszy od dawna rok, o którym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że naprawdę się udał. Przede wszystkim nastąpił przełom, jeśli chodzi o zachowanie Mango, jego stosunek do reszty świata, a także naszą współpracę.
Zdecydowanie najwięcej działo się w okresie letnim. W czerwcu umówiliśmy się na sesję z Grzegorzem Bukalskim - przezdolnym fotografem i wielkim miłośnikiem whippetów. Efekty w postaci pięknych i bardzo klimatycznych zdjęć mogliście podziwiać na naszym fanpejdżu.

 
Mango, choć w roli czworonożnego modela nie sprawdził się zbyt dobrze (szybko zaczął odmawiać współpracy), pozytywnie zaskoczył mnie swoim zachowaniem, ignorując spacerowiczów, nie ciągnąc na smyczy i nie szczekając. Mimo naprawdę ciężkich warunków - tłumy ludzi, upał, zupełnie obce miejsce - rudy pokazał się od najlepszej strony (pomijając pozowanie, ale to jestem w stanie mu wybaczyć, zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności).
W lipcu ponownie zawitałam do Krakowa - tym razem bez Mango - z zamiarem wzięcia udziału w przebiegach treningowych obedience zorganizowanych przez Dominikę z bloga Pies do kwadratu. Uwielbiam posłuszeństwo sportowe i Gambita, a Dominika jest moim niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie blogowania, dodatkowo do Krakowa mam nie tak znowu daleko, zatem nie mogło zabraknąć mnie na tym wydarzeniu. Do domu wróciłam z uśmiechem na ustach i mnóstwem zdjęć - było warto!


W sierpniu z kolei pojawiliśmy się na seminarium dogfrisbee - naszym pierwszym! Na ten temat nie będę się za bardzo rozpisywać - relację znajdziecie tu. Ale w dużym skrócie: miła atmosfera, cenne wskazówki prowadzącej i ultragrzeczne zachowanie Mango (jedynie nad zostawaniem w klatce musimy jeszcze sporo popracować).
W ostatnim miesiącu wakacji zmontowałam także swój pierwszy filmik z rudą torpedką w roli głównej, a niedawno stuknęło mu tysiąc wyświetleń. Bardzo dziękuję! Kto jeszcze nie oglądał, niech koniecznie to nadrobi - zapraszam.
Rok 2017 obfitował w długie spacery - pokonaliśmy aż 1040 km. Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku. Na miano najaktywniejszych miesięcy zasłużyły kwiecień (114 km), sierpień (113 km) oraz marzec (106 km). W ciągu minionego roku rozwinęliśmy się też frisbowo - progres jest ogromny. Dodatkowo w drugiej połowie grudnia na poważnie zainteresowałam się tematem posłuszeństwa sportowego. Przekopałam internet w poszukiwaniu pomocnych artykułów, relacji z zawodów oraz filmików. I... chyba przepadłam na dobre. Zawsze chciałam trenować obedience, ale do tej pory wmawiałam sobie, że to nie dla mnie. Teraz nie ma już odwrotu - muszę spróbować! Pewnie dopiero z kolejnym psem, ale i z Mango planuję ogarnąć podstawy.
Grudzień - skoro już przy nim jesteśmy - zapisał mi się w pamięci jako miesiąc owocny w sukcesy - drobne, ale znaczące. Święta spędziliśmy u babci. 24 grudnia przy wigilijnym stole zgromadziło się kilkanaście osób, z czego jednej rudzielec nie widział wcześniej na oczy. Miałam pewne obawy co do jego zachowania. Na szczęście, jak się okazało - bezpodstawne. Mango grzecznie przywitał się z gośćmi (podkreślam, grzecznie - prawie nie skakał), a wraz z rozpoczęciem wieczerzy zapadł w głęboki, spokojny sen. W pewnym momencie przybrał nawet jedną ze swoich dziwacznych (ale i uroczych) póz, czym rozbawił wszystkich zebranych. To niepojęte, jak bardzo dumny z psa może być właściciel, kiedy jego czworonóg... po protu śpi. Podobna sytuacja miała miejsce 31 grudnia wieczorem - podczas gdy ze wszystkich stron dobiegały huki, Mango słodko drzemał, mając w nosie fajerwerki. Na kilka minut przed północą wyciągnęłam smakołyki i poprosiłam go o wykonanie paru prostych sztuczek - poradził sobie wyśmienicie.
Jak widzicie, w 2017 roku udało nam się osiągnąć naprawdę sporo. Przede wszystkim jednak nareszcie czuję, że jestem w stanie zaufać Mango w wielu sytuacjach, w których kiedyś nie byłoby o tym mowy. I świadomość ta zdecydowanie dodaje mi skrzydeł.
Prywatnie również był to dobry rok. Zawarłam wiele interesujących znajomości i wzięłam udział w dwóch niesamowitych wydarzeniach. Mowa o Targach Książki w Krakowie oraz obozie wakacyjnym na zamku Grodziec (Szkoła Zwiadowców, polecam gorąco). Dodatkowo uzyskałam tytuł Gminnego Mistrza Ortografii. Żeby nie było tak kolorowo, mocno zaniedbałam swoją drugą (koło kynologii) największą pasję - czytanie książek. Poza tym przeszłam przez kilka minidepresji. Do większości z nich przyczyniła się nauka - jestem świeżo upieczoną licealistką i ilość materiału z początku kompletnie mnie przerosła. Teraz jest już lepiej, jakoś daję radę, chociaż bywa naprawdę ciężko.


Mam nadzieję, że 2018 rok będzie dla nas równie łaskawy, co jego poprzednik...

piątek, 15 grudnia 2017

W. Bruce Cameron, „Psiego najlepszego” - recenzja

Święta zbliżają się wielkimi krokami - jeszcze tylko kilka dni! To idealny moment, żeby zacząć rozglądać się za prezentami dla najbliższych - o ile oczywiście już ich nie kupiliśmy. A skoro przy prezentach jesteśmy... W dzisiejszym poście zrecenzuję powieść, która fantastycznie sprawdzi się w roli podarunku dla psiarza (chociaż nie tylko). Panie i panowie, przed Wami Psiego najlepszego W. Bruce'a Camerona!


Wszystko zaczyna się, kiedy Josh Michaels - pochodzący z Evergreen informatyk - wbrew swej woli zostaje tymczasowym właścicielem ciężarnej suczki imieniem Lucy. Bohater wpada w panikę - nigdy wcześniej nie miał psa, a z dnia na dzień staje się opiekunem... sześciu. Szukając pomocy w schronisku, Josh poznaje Kerri. Razem przygotowują szczeniaki do świątecznego programu adopcyjnego. W międzyczasie bohater bardzo przywiązuje się do maluchów. Coraz głębszym uczuciem zaczyna też darzyć swoją nową przyjaciółkę... 
Jak potoczą się losy Josha, Kerri i psiaków? Przekonajcie się sami!


Psiego najlepszego to piękna historia psio-ludzkiej przyjaźni z romansem w tle (choć wątek ten momentami wysuwa się na pierwszy plan). Jest niesamowicie lekka i przyjemna w odbiorze. Bardzo podoba mi się styl pisania autora. Bohaterowie są szalenie sympatyczni (z kilkoma wyjątkami, oczywiście), a od czytania o Lucy i szczeniakach można nabawić się cukrzycy. Książka nastraja optymistycznie, wzrusza i emanuje ogromnym ciepłem. Idealnie oddaje atmosferę świąt Bożego Narodzenia. A że jest przewidywalna? Mało ambitna? Przesłodzona? Można - i warto - przymknąć na to oko.

W. Bruce Cameron na kartach swojej powieści niejednokrotnie zwraca uwagę na istotne kwestie związane z posiadaniem psa - np. dobór odpowiedniej karmy czy socjalizację szczeniaków - co bardzo mnie cieszy. Autor podkreśla również, jak olbrzymią odpowiedzialność niesie za sobą adopcja czworonoga. Zaznacza, że powinna być to decyzja dokładnie przemyślana, pod czym podpisuję się obiema rękami.

Podsumowując, Psiego najlepszego to przeurocza powieść w świątecznym klimacie. Zdecydowanie przypadła mi do gustu - wręcz przerosła moje oczekiwania.


Na zakończenie przytoczę fragment, który chyba najbardziej zapadł mi w pamięci (uwaga, cytat zawiera minispojler).
To było właśnie to, to było coś, czego mógł się trzymać: szczęście, jakiego doznawał w otoczeniu swojej psiej rodziny. Amanda nawiedzała go jak duch, zaprzepaścił wszystkie szanse na związek z Kerri, ale gdy przyglądał się swoim psom, nagle wszystko było w porządku.
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Kobiecym.


wtorek, 5 grudnia 2017

Gra strategiczna Trixie Flip Board - recenzja


Bardzo niskie temperatury nie sprzyjają długim spacerom. Gdy mróz nieźle daje się we znaki, wraz z Mango zdecydowanie najwięcej czasu spędzamy w ciepłym, suchym i przytulnym domu, najchętniej grzejąc się pod kocykiem, popijając gorące napoje (ja) i słodko pochrapując (pies). Z drugiej strony w okresie jesienno-zimowym częściej niż zwykle sięgam nie tylko po kubek z herbatą, ale także smakołyki i kliker. Ponieważ nie zawsze jestem w stanie zapewnić Mango odpowiednią dzienną dawkę ruchu, staram się nadrabiać stymulacją umysłową, głównie w formie treningów sztuczek i pseudoobi. Chętnie sięgam również po wynalazki, których zadaniem jest zmęczyć i wyciszyć czworonoga - maty węchowe, zabawki na jedzenie... A od miesiąca testujemy tak zwaną grę strategiczną - konkretnie Flip Board firmy Trixie (level 2, jak głosi napis na opakowaniu). Jest to nasza pierwsza zabawka tego typu. Przy wyborze kierowałam się przede wszystkim poziomem trudności: na początek szukałam czegoś stosunkowo łatwego - ale nie banalnego, bo Mango to inteligentna bestia.
Jeśli jesteście ciekawi, czy rudzielec poradził sobie z nowym wyzwaniem, które przed nim postawiłam i chcecie dowiedzieć się, jak oceniam samą zabawkę - zapraszam!


Trixie Flip Board składa się z okrągłej plastikowej planszy o średnicy 23 cm, w której znajdują się otwory mające pełnić funkcję schowków na przysmaki. Ale żeby nie było za łatwo, jeśli pies chce dostać się do smakowitych kąsków, wpierw musi uporać się z wieczkami, pokrywkami i stożkami. Zabawka ma za zadanie pobudzać psa do myślenia, a także ćwiczyć jego koncentrację i rozwijać zmysł węchu.


Jeśli chodzi o wytrzymałość zabawki, opinie internautów są podzielone. Ja osobiście jestem zadowolona - mimo dosyć intensywnego użytkowania i kontaktu z łapami (a więc i pazurami), a nawet zębami (ale to już pojedyncze przypadki) planszy nie szpeci ani jedna ryska, nie ucierpiały też żadne jej elementy. Zaznaczyć przy tym należy, że Mango zgodnie z zaleceniami zawsze korzysta z zabawki w mojej obecności.

Trixie Flip Board posiada gumową krawędź, która skutecznie uniemożliwia ślizganie się gry po gładkich powierzchniach.

Teraz dla równowagi minusik: każdorazowo po zabawie gra jest mokra od śliny, dlatego wymaga regularnego czyszczenia. Jeśli chcemy, możemy użyć do tego celu zmywarki.


Mango jest raczej kumaty, więc szybko rozpracował zabawkę. Aktualnie odnalezienie ukrytych przysmaków nie sprawia mu najmniejszego problemu. Nie oznacza to, że produkt nie spełnił moich oczekiwań. Nie widzę powodu, dla którego miałabym od razu wrzucać Mango na głęboką wodę. Gra umożliwiła mi łagodne wprowadzenie whippeta w świat zabawek edukacyjnych - bo na Trixie Flip Board zapewne się nie skończy.


Słowem podsumowania: jeśli Wasz pies nie ma zbyt dużego (albo żadnego) doświadczenia z zabawkami interaktywnymi i szukacie sposobu, by umilić mu długie jesienne i zimowe wieczory, Trixie Flip Board będzie jak znalazł. Polecam!

Recenzja powstała we współpracy ze sklepem internetowym fera.pl.


sobota, 25 listopada 2017

Gryzak z poroża jelenia od e-rogi.eu - recenzja


Naturalne gryzaki dla psów (tak zwane suszki) znamy i lubimy od dawien dawna. Posiadają liczne zalety. Jedną z nich jest bardzo wysoka smakowitość - nawet niejadek Mango ma bzika na ich punkcie. Kolejny nieoceniony atut: są w stanie zająć psa na jakiś czas - kilka minut czy godzin. Niejednokrotnie pochłonięcie suszka to kwestia nawet paru dni codziennego gryzienia. Brzmi świetnie, prawda? A może być jeszcze lepiej - wystarczy zaopatrzyć się w... gryzak z poroża jelenia.


Na tle innych naturalnych gryzaków poroże jelenia wyróżnia się pod wieloma względami. Przede wszystkim zazwyczaj starcza na kilka miesięcy. Dodatkowo nie kruszy się, nie brudzi, nie wywołuje alergii i posiada delikatny, niedrażniący zapach (w przeciwieństwie do większości naturalnych gryzaków, które śmierdzą okrutnie).

Gryzak z poroża jelenia to produkt całkowicie naturalny, bogaty w minerały i składniki odżywcze. Doskonale wpływa na stan zębów psa, poleruje je i zapobiega osadzaniu się kamienia nazębnego.

Producent podkreśla, że podczas przygotowania gryzaka nie ucierpiało żadne zwierzę - poroże pozyskiwane jest w sposób naturalny i pochodzi z corocznych zrzutów.


Sklep e-rogi.eu w swojej ofercie posiada gryzaki mniejsze i większe - wymiary naszego to 125 g i 15 cm. Generalnie różnorodność jest dosyć spora - na tę chwilę najlżejsze z dostępnych poroży waży 43 g, najcięższe zaś - 225.
Wszystkie kawałki rogów są czyszczone naturalnymi środkami oraz sterylizowane parą wodną, mają oszlifowane ostre krawędzie i nie zawierają przewierceń, w których mogłyby zaklinować się kły pupila. Wiadomo - bezpieczeństwo przede wszystkim.


Do testów podeszłam pełna optymizmu - produkt zapowiadał się naprawdę obiecująco. Niestety Mango nie okazał większego zainteresowania porożem. Co prawda miał do niego kilka podejść, wszystkie jednak zawsze kończyły się tak samo - po zaledwie paru minutach pies rezygnował z gryzaka, który do tej pory leży właściwie nietknięty, a minęło już 1,5 miesiąca. Na dzień dzisiejszy z żalem stwierdzam, że poroże nie spełnia swojego zadania. Jeśli coś w tej kwestii ulegnie zmianie, zedytuję post.


Podsumowanie
Bardzo podoba mi się koncepcja gryzaka, który starczy psu nawet na kilka miesięcy i posiada przy tym również wiele innych zalet, dlatego poroże jelenia uważam za naprawdę warte uwagi. Niestety nie jest to produkt uniwersalny - nie każdemu psu do gustu przypadnie tak twardy gryzak. U nas się nie sprawdził, chociaż wierzę, że Mango jeszcze się do niego przekona. Czas pokaże.

Jeśli macie jakieś doświadczenia z tego typu gryzakami, koniecznie podzielcie się nimi ze mną w komentarzu.

Recenzja powstała we współpracy z e-rogi.eu.


piątek, 10 listopada 2017

Pierwszy pies - najlepszy nauczyciel


Doskonale pamiętam dzień, w którym odebraliśmy Mango z hodowli. Miałam 13 lat. Byłam podekscytowana, a zarazem przekonana, że wzorowo poradzę sobie z opieką nad szczeniakiem i wychowam go na cudownego psa. W końcu decyzję o wyborze rasy podjęłam bardzo świadomie, maksymalnie dopasowywując ją do swojego trybu życia, możliwości oraz doświadczenia. Dodatkowo od kilku lat namiętnie zaczytywałam się w książkach i czasopismach o tematyce kynologicznej. Wiedziałam wszystko, co niezbędne, a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Cóż więc mogło pójść nie po mojej myśli?
Uśmiecham się, pisząc te słowa, bowiem życie bardzo szybko udowodniło mi, że choć potrafię nauczyć szczeniaka siadania czy kładzenia się na komendę i posiadam najważniejsze informacje z zakresu pielęgnacji, żywienia oraz aktywności fizycznej, tak naprawdę brak mi podstawowej wiedzy i umiejętności. Mango bezlitośnie pozbawił mnie złudzeń odnośnie wychowania czworonoga. Bywał naprawdę nieznośny i nieźle dał mi się w kość. Naszą największą bolączkę stanowiły ucieczki. Na szczęście udało nam się uporać z tym problemem, jednak za różowo być nie mogło - po jakimś czasie znać o sobie dały braki socjalizacyjne. Dodatkowo okazało się, że sport, na którym tak bardzo mi zależało - dogfrisbee - jest praktycznie poza naszym zasięgiem - niestety Mango kompletnie nie podzielał mojego entuzjazmu, kategorycznie odmawiając zabawy dyskami. A to i tak pikuś w porównaniu z wcześniej już wspomnianymi problemami spowodowanymi brakiem odpowiedniej socjalizacji w szczenięctwie.
Wielokrotnie załamywałam ręce, przeklinając dzień, w którym zdecydowaliśmy się na kupno Mango. Wylałam niezliczoną ilość łez z powodu tego małego urwisa. Czułam się straszliwie bezsilna.
Aktualnie, z perspektywy czasu, jestem niesamowicie dumna z naszych postępów - a poczyniliśmy ich sporo, na różnych płaszczyznach - i uważam, że lepszego pierwszego psa niż Mango nie mogłam sobie wymarzyć. Rudy nauczył mnie naprawdę dużo. Dzięki niemu wiem, na co w przyszłości, przy kolejnym czworonogu, zwrócić szczególną uwagę, położyć największy nacisk i jakich błędów się wystrzegać. Whippet pomógł mi poszerzyć szkoleniowe horyzonty i zdobyć masę wiedzy praktycznej. Bardzo to doceniam.

Początki życia z psem pod jednym dachem - nie ważne, kupionym czy z adopcji - zawsze stanowią wyzwanie, mniejsze bądź większe. W końcu musimy odnaleźć się w zupełnie nowej dla siebie roli właściciela tego zwierzęcia. Nic dziwnego, że popełniamy mnóstwo błędów. Oczywiście wiedza teoretyczna jest nie tyle niezwykle istotna, ile wręcz niezbędna, jednak nigdy nie będzie w stanie zastąpić lat praktyki, których wtedy jeszcze nie posiadamy. Pierwszy pies z automatu staje się naszym królikiem doświadczalnym - to na nim testujemy różne metody szkoleniowe i wychowawcze czy techniki żywienia. Niestety błędy popełnione przez początkujących psiarzy często niosą za sobą nieprzyjemne konsekwencje - i tak rodzą się problemy. Może to tylko moje spostrzeżenie, ale spory odsetek psów problemowych stanowią właśnie pierwsze czworonogi swoich właścicieli. Cóż, jednak doświadczenie dużo daje. Oj, dużo.


Praca z psem problemowym uczy cierpliwości oraz umiejętności dostrzegania nawet minimalnych postępów i cieszenia się nimi, a także daje ogromną satysfakcję, której nie da się porównać z niczym innym. Równocześnie zazwyczaj wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i jest trudnym, często bolesnym doświadczeniem. Ja jednak nie żałuję, że trafił mi się czworonóg taki, a nie inny - bardziej zrównoważony, łatwiejszy, lepszy.
Wśród psiarzy funkcjonuje popularne powiedzenie głoszące, że dostajemy takiego psa, jakiego potrzebujemy, a nie takiego, jakiego chcemy mieć. I coś w tym zdecydowanie jest.

Naprawdę warto spojrzeć na swojego pierwszego psa jak na najlepszego nauczyciela, nie źródło problemów, nawet jeśli takowe sprawia. Prawdopodobnie zawdzięczacie mu więcej, niż Wam się wydaje.

wtorek, 31 października 2017

Aptus Eforion - recenzja


Jesień to czas spacerów w wyjątkowo pięknej scenerii i wylegiwania się pod kocykiem po powrocie do domu, ale także... wszechobecnych wirusów. Warto mieć na uwadze, że obiekt ich ataków stanowimy nie tylko my - ludzie, lecz również nasze zwierzęta, które jesienią częściej chorują. W tym ciężkim, sprzyjającym infekcjom okresie staram się wspomagać odporność Mango, dlatego też ucieszyła mnie propozycja współpracy z firmą Aptus, która po raz drugi postanowiła powierzyć nam swoje produkty do testów. Przeglądając jej ofertę, w oczy od razu rzucił mi się Aptus Eforion, czyli suplement diety w formie smakowitego oleju. Co prawda producent reklamuje go przede wszystkim jako preparat poprawiający stan skóry, sierści i pazurów, jednak nie od dziś wiadomo, że suplementacja psa olejem niesie za sobą również wiele innych korzyści - w tym lepszą odporność. Wszystko za sprawą zawartych w oleju nienasyconych kwasów tłuszczowych: omega-3 oraz omega-6, które są częścią systemu odpornościowego organizmu. Ponieważ pies nie jest w stanie syntetyzować ich w odpowiedniej ilości, powinny być mu dostarczane w karmie lub jako karma uzupełniająca.
W skład suplementu Aptus Eforion wchodzą trzy rodzaje olejów. Największą jego część - bo aż 88 procent - stanowi olej rzepakowy. Następny w kolejności jest olej z wiesiołka, natomiast prawdziwa wisienka na torcie to domieszka oleju rybiego. Dodatkowo Aptus Eforion wzbogacony został o witaminę E.

Wygodna plastikowa butelka z dozownikiem znacząco ułatwia dawkowanie preparatu. Małą niedogodność stanowią za to resztki oleju, które zbierają się u wylotu dozownika po jego naciśnięciu i tłuszczą dłonie.
Zgodnie z zaleceniami producenta, butelkę po otwarciu należy przechowywać w miejscu chłodnym.


Jak widać na poniższych zdjęciach, Aptus Eforion to oleista ciecz - żółtawa, niemalże przezroczysta. Posiada bardzo delikatny, a właściwie ledwo wyczuwalny zapach.


Czy stosowanie suplementu przyniosło jakiekolwiek zauważalne efekty?
Przede wszystkim w ciągu ostatniego miesiąca Mango nawet nie kichnął. Poza tym jego sierść jest w świetnej kondycji i nadmiernie nie wypada. Zasługa preparatu? A może niekoniecznie? Trudno powiedzieć, jednak myślę, że to między innymi on przyczynił się do takiego stanu rzeczy.


Podsumowując, moim zdaniem suplementacja psa olejem to świetna sprawa i warto w tym celu sięgnąć po Aptus Eforion, szczególnie w okresie jesienno-zimowym, gdy pogoda zdecydowanie nie rozpieszcza.

Cena produktu oscyluje w granicy 40 zł za 200 ml oleju.

Recenzja powstała we współpracy z firmą Aptus.


poniedziałek, 16 października 2017

Mango - jaki właściwie jest?

Kochany.

Dziękuję za uwagę.


A teraz serio.
Mango to bardzo specyficzny whippet. Uwielbia dźwięk własnego głosu, mógłby szczekać bez przerwy. Straszliwie wybrzydza przy jedzeniu, choć padliną nie pogardzi. Jest uparty niczym osioł i niezależny - jak na charta przystało. Z uwielbieniem wykłóca się i pyskuje. Potrafi strzelić focha, obrażając się na cały świat - np. gdy zwlekam ze spacerem lub wychodzę z domu bez niego. Przyjmuje wtedy bardzo charakterystyczną pozę i wyraz pyska.

Rudy łatwo niecierpliwi się i frustruje. Jest też strasznie cwany. Poważnie. To taki lisek chytrusek z głową pełną pomysłów. Nie brak mu inteligencji, chociaż muszę przyznać, że czasami zachowuje się naprawdę głupio. Instynkt samozachowawczy? Nie stwierdzono. Mango notorycznie pakuje się w kłopoty (zaliczył już między innymi złamanie żuchwy) i jest zadziwiająco odporny na ból - albo po prostu bardzo stara się go nie okazywać.

W życiu codziennym dużą niedogodność stanowi charakterystyczny chyba dla większości whippetów ultrasilny instynkt pogoni. Mango nie odpuści żadnemu kotu, o sarnie czy zającu nie wspominając. Posiada słuch wybiórczy. I jest czujny, bardzo czujny.

To wrażliwiec robiący za twardziela. Wydaje mu się, że jest panem osiedla. Nie toleruje intruzów (w szczególności tych czworonożnych) na swoim terytorium. Do obcych osób podchodzi zazwyczaj z pewną dozą rezerwy i nieufności, choć gości wita aż nazbyt entuzjastycznie (oczywiście nie jest to regułą). W kontaktach z innymi przedstawicielami swojego gatunku bywa naprawdę nieprzewidywalny. Na ogół jest otwarty na nowe znajomości, aczkolwiek niepewny zamiarów zbliżającego się psa, woli trzymać go na dystans. Oczywiście zupełnie inaczej sprawa ma się z czworonogami, które doskonale zna i darzy sympatią. Rudzielec bardzo lubi zabawę z nimi.

Mango - jak to whippet - uwielbia przebywać w towarzystwie człowieka, szuka jego bliskości. Z drugiej strony typowym pieszczochem bym go nie nazwała, gdyż stawia pewne granice, a kiedy nie ma ochoty na głaski, ostro protestuje.
To ciepłolub, który dodatkowo ogromnie ceni sobie wygodę. Bardzo, ale to bardzo denerwuje się, gdy ktoś zakłóci jego odpoczynek. Jest przewrażliwiony na tym punkcie.

To pies jednego pana, a właściwie pani, choć wszystkich członków rodziny darzy głębokim uczuciem, co bezustannie okazuje. Źle znosi rozłąkę. W trakcie wspólnych wyjazdów co chwilę zatrzymuje się i sprawdza, czy jesteśmy w komplecie, a nawet próbuje nas... zaganiać. Natomiast oddalenie się któregoś z członków rodziny choćby o 10 metrów często powoduje, że rudy zaczyna rozpaczliwie popiskiwać. Najwyraźniej obawia się, iż zamierzamy pozostawić daną osobę w miejscu pobytu i wrócić do domu bez niej. Brawo, piesku.

Mango to bardzo emocjonalne zwierzątko. Łatwo jest zgasić go i sprawić, że zamknie się w sobie. Równocześnie charakterny z niego whippet. Charakterny i... zadziorny.

Mango to stan umysłu

Udaje chojraka, a w rzeczywistości jest zwykłym tchórzem.

Bardzo ceni sobie rytuały i jest nadzwyczaj konsekwentny w ich codziennym praktykowaniu.

Chętnie współpracuje z człowiekiem i stosunkowo szybko się uczy. To wulkan energii, uwielbia dynamiczne ćwiczenia. Jest niezwykle zacięty, ale także wrażliwy na nastrój przewodnika - chłonie jego emocje jak gąbka. Bardzo źle znosi wszelką presję, praca zawsze musi opierać się na dobrej zabawie.
Bardzo podoba mi się pewna cecha rudzielca. Mianowicie Mango w to, co kocha, angażuje się całym sobą. To stuprocentowy whippet z pasją.

Cały Mango - nic dodać, nic ująć

Znamy się już - a może właśnie dopiero - trzy lata, ale wciąż poznajemy się i uczymy siebie nawzajem. Mango to pies o barwnej, skomplikowanej osobowości. Daleko mu do ideału, ale sama nie jestem lepsza, tak cudowny czworonóg zasługuje na zdecydowanie wspanialszą właścicielkę. Bowiem mimo licznych niedoskonałości Mango jest przede wszystkim niezwykle kochającym i oddanym przyjacielem. Bardzo liczę na to, że będę mogła cieszyć się jego towarzystwem jeszcze wiele lat.