15 stycznia

Cytrynian wapnia Pokusa - recenzja

Cytrynian wapnia Pokusa - recenzja

Wapń to podstawowy budulec kości. Odpowiada również za przewodnictwo nerwowe i miarową pracę serca. Absolutnie nie powinno zabraknąć go w diecie żadnego psa. Suplementacja zalecana jest przede wszystkim, gdy nie dostarczamy mu wapnia w pożywieniu (np. jako składnik gotowej karmy lub kości). Bardzo popularnym naturalnym suplementem uzupełniającym wapń są zmielone skorupki jaj. Jednak nie wszystkie psy za skorupkami przepadają i dobrze je przyswajają. Ciekawą alternatywą może okazać się cytrynian wapnia - nowość w ofercie Pokusy. Dziś opowiem trochę o tym produkcie.


Pokusy nikomu przedstawiać chyba nie muszę. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najpopularniejsza polska firma zajmująca się produkcją naturalnych suplementów dla psów i kotów. Wyróżnia ją bogaty asortyment wysokiej jakości produktów. Cytrynian wapnia reprezentuje linię suplementów dedykowanych zwierzętom żywionym BARF-em (chociaż nie tylko), której w głównej mierze firma zawdzięcza swoją popularność.
Wszystkie preparaty wchodzące w skład Raw Diet Line sprzedawane są w bardzo estetycznych (a także szczelnych, trwałych i czytelnych) opakowaniach, które świetnie wyglądają obok siebie na półce czy w szafce (wiem, bo sama mam w tej chwili kilka różnych) i stanowczo zachęcają do zakupu. Super, że Pokusa dba o każdy szczegół, budując tym samym swój pozytywny wizerunek.


Skład produktu jest najprostszy, jaki tylko mógł być - ot, sto procent cytrynianu wapnia. Preparat nadaje się dla wszystkich psów - nie ma przeciwwskazań do stosowania go u czworonogów z wrażliwym układem pokarmowym oraz przebywających na diecie eliminacyjnej.
Cytrynian wapnia ma postać delikatnego białego proszku - praktycznie bezzapachowego. Podajemy go psu po wymieszaniu z pokarmem, jako część posiłku. Zgodnie z wytycznymi producenta, dzienna dawka wynosi od 9 do 10 g na kg surowego mięsa. Dołączona do opakowania miarka bardzo ułatwia dawkowanie.


Mango jest niejadkiem, więc byłam pełna obaw. Na szczęście rudy nie wybrzydza i bez problemu zjada mięso z dodatkiem proszku. Suplement nie wywołuje u niego żadnych negatywnych skutków ubocznych, dobrze się przyswaja.

Cena produktu wynosi 30 zł za opakowanie 300 g i 60 zł za opakowanie 1000 g.


Recenzja powstała we współpracy z firmą Pokusa.








25 grudnia

Wyrzutnia do piłek Trixie - recenzja

Wyrzutnia do piłek Trixie - recenzja

Wszystko zaczęło się od filmiku zamieszczonego na jednej z whippecich grup na Facebooku. Oglądając chudzielce uganiające się za piłką posyłaną na olbrzymie odległości przy pomocy katapulty, zapragnęłam takiego wynalazku u siebie. Mango uwielbia, kiedy mu rzucam, a że słaby ze mnie miotacz, niestety nie może rozwijać przy tym zbyt dużych prędkości. Postanowiłam to zmienić. Z pomocą przyszła ekipa Fery, podsyłając nam wyrzutnię do piłek firmy Trixie z serii Dog Activity. Wybrałam rozmiar, który wydał mi się najbardziej uniwersalny - nasza katapulta ma 60 cm długości, przede wszystkim jednak pasują do niej piłki o średnicy mniej więcej 6,3 cm (wielkość piłeczki tenisowej).
Wyrzutnia jest wykonana z plastiku i posiada wygodną gumową rączkę. Wygląda solidnie, nie wróżę jej szybkiej śmierci. Gorzej z dołączoną doń piankową piłką. Niestety dla wielu psów może się okazać zabawką jednorazowego użytku. Nasza jeszcze jakoś się trzyma, ale Mango dość mocno ją zmaltretował.


Katapulta umożliwia posyłanie piłki na znaczne odległości (kilkadziesiąt metrów) przy minimalnym wysiłku ze strony rzucającego. Korzyści są obopólne - pies ma jeszcze większą frajdę z pogoni, a właściciel jest w stanie wybiegać go w krótszym czasie i nie nadwyrężając ręki.
Umieszczona w koszyczku piłka nie wypada z niego, kiedy biorę zamach, dzięki czemu rzut przebiega szybko i sprawnie. Zabawę uprzyjemnia brak konieczności kontaktu z brudną, mokrą od śliny piłką - wystarczy zgarniać ją z ziemi koszyczkiem i ewentualnie lekko dociskać kciukiem.
60-centymetrowa katapulta jest dość nieporęczna. Nie mieści się nawet w plecaku. My zazwyczaj bawimy się na pobliskich polach, więc na miejsce zanoszę ją po prostu w ręce - nie waży wiele.
Wyrzutni używałam w różnych warunkach i nigdy mnie nie zawiodła - nawet przy silnym wietrze, choć moje rzuty nie były wtedy tak efektywne jak zazwyczaj.


Katapulta to jedna z rzeczy, które naprawdę warto mieć, gdy jest się psiarzem. Ta z Trixie wypada bardzo dobrze (nie wiem, jak inne, nie mam porównania), choć w piłki lepiej zaopatrzyć się oddzielnie, bo piankowa, którą znajdziecie w zestawie, prawdopodobnie szybko wyląduje w koszu na śmieci.

Recenzja powstała we współpracy ze sklepem zoologicznym fera.pl.


08 listopada

Smycz Lalazoo - recenzja

Smycz Lalazoo - recenzja

Jakiś czas temu firma Lalazoo poszerzyła rynek psich akcesoriów o nową kolekcję obroży i smyczy - Yami. Nazwa przywodzi na myśl angielski odpowiednik słowa mniam - nie wiem, czy taki był zamysł, niemniej jednak Mango ze swoim owocowym imieniem chyba nie mógł nie skończyć jako tester jednej z nowości (w tym miejscu pozdrawiamy Fruity Team - dziewczyny również testują). 😀
Lalazoo słynie przede wszystkim ze swoich legowisk. Jeśli chodzi o smycze, firma dopiero debiutuje, choć wcale tego po nich nie widać. Naszą testujemy już trzeci miesiąc, w dodatku bardzo intensywnie - zabieramy ją ze sobą na każdy spacer. Najwyższy czas, by podzielić się spostrzeżeniami z użytkowania.


Smycz Yami wykonano z należytą starannością, korzystając z dwóch poliestrowych taśm o wymiarach 2 x 190 cm, zszytych mocnymi nićmi. Czarny, długi na 76 mm, metalowy karabińczyk niewątpliwie dodaje jej szyku, a intensywne barwy przyciągają wzrok (smyczka na ten moment dostępna jest w 5 wariantach kolorystycznych).


Spacery ze smyczą Lalazoo to przyjemność - jest naprawdę wyjątkowo lekka (tym bardziej jak na dwutaśmówkę), dobrze leży w dłoni, nie zajmuje wiele miejsca (w sam raz do kieszeni) i posiada dodatkowe kółeczko, dzięki czemu po spuszczeniu psa można wygodnie przewiesić ją sobie przez ramię. Jeśli miałabym coś zasugerować, myślę, że warto rozważyć podszycie rączki jakimś przyjemnym w dotyku materiałem - z mojego doświadczenia wynika, że neopren (i jemu podobne) nieźle się sprawdza w tej roli. Z pewnością jeszcze poprawiłoby to komfort użytkowania.


Jak już wspominałam, smycz nie miała u nas łatwo. Koty z sąsiedztwa zobligowały się do pomocy w testach wytrzymałościowych, a Mango postanowił uczynić smyczkę jednym ze swoich szarpaków. Zniosła to z godnością.
Po dwóch miesiącach zdecydowałam się wrzucić ją do pralki - skłoniła mnie do tego kąpiel błotna rączki spowodowana moją wywrotką na mokrej trawie. Taśma była już wtedy lekko poznaczona brudem, więc pranie dobrze jej zrobiło, nie przyczyniając się równocześnie w żadnym stopniu do wyblaknięcia kolorów.
Obecnie smycz prezentuje się w dalszym ciągu nienagannie. Co prawda Mango ciutkę popruł zębami taśmę w kilku miejscach, a przy dokładniejszych oględzinach można dostrzec nieliczne odstające nitki, jednak są to mankamenty tak kosmetyczne, że wspominam o nich wyłącznie dla zasady, bo w praktyce nie przeszkadzają mi zupełnie.
Bardzo pochwalić muszę karabińczyk, na którym nasze testy nie zrobiły najmniejszego nawet wrażenia. Pozostał jednolicie czarny, bez jednego choćby odprysku, chodzi też płynnie, nie zacina się.


Smyczy Lalazoo używamy codziennie i myślę, że długo się to nie zmieni. Dzięki rozlicznym zaletom i przystępnej cenie (30 zł) warto zwrócić na nią uwagę w gąszczu innych psich akcesoriów.

Recenzja powstała we współpracy z firmą Lalazoo.


18 października

Filmik #2

Filmik #2
Dzisiaj minimalistycznie - podrzucam filmik sprzed 1,5 miesiąca, którego zdążyłam udostępnić już chyba wszędzie, tylko nie tu - nadrabiam zatem.


21 września

Wakacje 2018 - podsumowanie

Wakacje 2018 - podsumowanie

Najbardziej wyczekane wakacje w moim życiu właśnie dobiegły końca. Żeby nie było niejasności: nie miałam jakichś ogromnych oczekiwań względem tych dwóch miesięcy. Po prostu rok szkolny wyjątkowo dał mi w kość, byłam totalnie wyczerpana i nie mogłam doczekać się, kiedy wreszcie porządnie wypocznę, odeśpię i zbiorę siły na czas czekającej mnie drugiej klasy liceum. Chciałam również nadrobić zaległości w kilku dziedzinach i zaangażować się w dwie nowe aktywności ze - jakżeby inaczej - swoim psem. Zresztą planów i postanowień miałam całe mnóstwo. Chyba nie muszę wspominać, że nie udało mi się zrealizować nawet połowy? Na szczęście z regeneracją organizmu nie było problemu i w rok szkolny wkroczyłam z nową energią (chociaż już zaczęło brakować mi spacerów o zachodzie słońca i obżerania się lodami).

Przez pierwszy miesiąc strasznie się leniliśmy. Totalny chill, od czasu do czasu przeplatany treningami dogfrisbee - tak wyglądał nasz lipiec. Codzienna rutyna została zakłócona jedynie przez trzy wyjazdy, które zapoczątkowały naszą przygodę z agility i coursingami.
Agility z Mango chodziło mi po głowie już od bardzo dawna. Wiedziałam, że regularne treningi w klubie z dość prozaicznego powodu (kilometry) są poza naszym zasięgiem, ale doszłam do wniosku, że fajnie byłoby wpaść chociaż raz na jakiś czas - a kiedy zacząć, jak nie w wakacje? Pierwotny plan zakładał kilka lekcji indywidualnych w zabierzowskim klubie Dream Agility Team, niestety ze względu na urlop trenerki, a później problemy z dojazdem ostatecznie musieliśmy ograniczyć się do dwóch.
Z pierwszego treningu wróciłam pełna optymizmu i chrapki na więcej. Mango chętnie pokonywał stacjonaty, od razu pokochał też tunele. Jednak najbardziej zachwyciło mnie jego zaangażowanie i utrzymująca się przez całą godzinę motywacja zabawkowa na naprawdę wysokim poziomie (a przy tym bezbłędna i natychmiastowa reakcja na komendę daj). Chciałoby się rzec: idealnie. A że równowaga musi zostać zachowana... Za drugim razem w połowie zajęć Mango stracił cały zapał i zaczął odmawiać jakiejkolwiek dalszej współpracy. Sytuacji nie ułatwiała pogoda (gorąco, duszno), o moim koszmarnie słabym handlingu nie wspominając...
Przyznam, że początkowo byłam nieźle zdołowana, dlatego postanowiłam zafundować sobie - ale przy okazji również Mango - wyjątkowy prezent i dokładnie tydzień później zabrałam delikwenta na pierwszy w życiu trening coursingowy, spełniając tym samym jedno ze swoich marzeń. Nie wiem, czy wiecie, ale tata Mango to wybitnie utytułowany pies wyścigowy (zresztą w rodowodzie rudzielca jest wielu mistrzów - zarówno od strony ojca, jak i matki). Także sam Mango odkąd sięgam pamięcią wykazywał ponadprzeciętne predyspozycje coursingowe - przynajmniej na tyle, na ile potrafię ocenić to ja. A że w wyścigach chartów zakochana jestem bez pamięci, mogło się to skończyć tylko w jeden sposób...


Jurajskie Biskupice są wymarzonym miejscem na pierwszy bieg za wabikiem. Ogromnie się cieszę, że Mango mógł go zaliczyć właśnie tam. Jak mu poszło? Bardzo przyzwoicie. Bez wahania ruszył za wabikiem, nawet na mnie nie zerknąwszy. Co prawda widać było, że nie dał z siebie wszystkiego, ale oba biegi ukończył, a to jest najważniejsze. Myślę, że z czasem się rozkręci i pokaże pełnię swoich możliwości. Ja jestem zadowolona, czemu zresztą dałam upust, bo kiedy szłam zapiąć Mango na smycz po skończonych biegach, nie mogłam powstrzymać głupkowatego uśmiechu.
Aktualnie przymierzamy się do prób licencyjnych, których zaliczenie umożliwi nam starty w zawodach. Trzymajcie kciuki!


W sierpniu nigdzie się nie ruszaliśmy (w znaczeniu wyjazdowym), za to bardzo aktywnie korzystaliśmy z wolnego czasu (długie spacery i regularne treningi z hopkami).

Z mniej przyjemnych rzeczy: w wakacje Mango dwa razy został użądlony przez pszczołę (w łapę i wargę - na szczęście niegroźnie) i dwa razy naderwał wilczego pazura (paradoksalnie, w ciągu ostatnich czterech lat zdarzyło mu się to tylko raz, a tu taka kumulacja).

Jeden z moich wakacyjnych planów dotyczył zmiany wyglądu bloga. Nasi stali czytelnicy na pewno zdążyli już zauważyć metamorfozę, jaką przeszedł. Nowy szablon, nagłówek, wszystko... Dajcie znać, co myślicie!
Pozostając jeszcze w sferze wirtualnej - wreszcie przekonałam się do Instagrama i pierwszego sierpnia założyłam Mango konto. Prędzej czy później chyba po prostu musiało do tego dojść... Jeśli wciąż Wam mało zdjęć rudego chudego pieska, od teraz możecie podglądać go również na tym portalu - klikajcie.


Na koniec chciałabym wspomnieć o pewnej dylogii, na kartach której psy pojawiają się raptem raz czy dwa, jednak nie wyobrażam sobie, by tu o niej nie napomknąć, gdyż stanowi jeden z najistotniejszych elementów tegorocznych wakacji. Szóstka wron i Królestwo kanciarzy Leigh Bardugo - książki mojego życia (mam kilka takich). Czysta perfekcja. Kocham tak, że bardziej się nie da. Totalnie polecam wszystkim molom książkowym, a w szczególności fanom fantastyki!

A jak Wam minęły wakacje?

02 września

Haul: wiosna, lato 2018

Haul: wiosna, lato 2018
Przegląd rzeczy, które wpadły nam w łapki od marca do sierpnia 2018 roku.



Dwie hopki z Zooplusa - genialne w swej prostocie. Łatwe do złożenia, zaopatrzone w praktyczny pokrowiec, do tego tanie (30 zł za sztukę).


Czasopisma o tematyce kynologicznej. Standardowo: Dog and Sport oraz Mój Pies i Kot.



Zdobycze z zawodów Speed Dog Kraków (relacja: klik):
a) medal;
b) pucharek;
c) dyplom uczestnictwa;
d) nagrody za zajęcie II miejsca w kategorii medium:
- obroża The Dog House;
- gryzak ze skóry Dingo Gear;
- Vetfood No Stress Gel;
- Vetfood BARFeed chlorella;
- szampon Pet Pharmacy Septi Activ;
- próbka karmy suchej Petvita;
e) nagrody za zajęcie II miejsca w klasyfikacji generalnej:
- obroża American Heart;
- bawełniana zabawka JK Animals od perros.pl;
- Vetfood No Stress Gel;
- Vetfood BARFeed drożdże piwne;
- Vetfood BARFeed aloes zwyczajny;
- Vetfood Maxi OraCare Fresh Breath;
- smycz krótka K9 Thorn;
- tabliczka Bully Art Handmade;
- kurze łapki od e-pies.eu;
f) pakiet startowy: pięć próbek karmy i jedna suplementu, przysmak dentystyczny, pół litra wody dla psa z dodatkiem aceroli, kość, dwa opakowania kurzych łapek.


Gryzak z poroża jelenia Kendog - jest malutki, więc miałam nadzieję, że Mango da mu szansę (naszym poprzednim gryzakiem z poroża, znacznie dłuższym i grubszym, pogardził). Niestety, przysmak leży nietknięty. Podejrzewam, że to kwestia twardości, może też smaku...


Suple Pokusa: drożdże browarnicze, kryl arktyczny i czystek. Nagroda trafiona w punkt, bo od kilku miesięcy planuję trochę poeksperymentować z naturalną suplementacją, a teraz mam świetny pretekst, żeby wreszcie się za to zabrać.


Bella i Sebastian 2. Przygoda trwa autorstwa Christine Féret-Fleury - czytałam już pierwszą część, piękna historia. Oby dwójka okazała się równie dobra.



Trixie Move2Win od fera.pl - gra strategiczna dla bardziej zaawansowanych psiaków. Recenzja: klik.


Przysmaki Naturea - produkt z najwyższej półki. Po więcej zapraszam tu.


Obroża skórzana Mundo Galgo, którą dostaliśmy do obfocenia. Nie mogę oderwać od niej wzroku. Na ten moment to chyba najbardziej elegancka obroża w naszej (dość pokaźnej, przyznać trzeba) kolekcji.


Kaganiec Mundo Galgo - charci model, wyjątkowo lekki. Mango będzie w nim biegał, startując w wyścigach.


Karma Petvita (oraz dodatki w postaci przysmaków i kubeczka z miarką) - recenzja niedawno pojawiła się na fanpejdżu, można zerknąć. Tester zadowolony - przy suchych chrupkach jak zwykle trochę wybrzydzał, za to zawartość puch została pochłonięta z prędkością światła, jedynie wersja z rybą wzbudziła mniej entuzjazmu (podał się pieseł na pańcię, cóż począć).


Puller od petsmile.pl - niekwestionowany hit ostatnich lat. O tym, dlaczego warto go mieć u siebie, pisałam tutaj.


Smycz Lalazoo - na recenzję trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać, ale już teraz mogę powiedzieć, że jestem naprawdę zadowolona.



Cztery opakowania przysmaków i egzemplarz czasopisma Pupil - coś dla psa i coś dla właściciela, czyli kilka upominków, które znaleźliśmy w paczce od fera.pl razem z grą do recenzji.