środa, 9 września 2015

Mango jako szczeniak - pierwsze dni w nowym domu

To już rok razem! Jakże szybko ten czas leci. 25 września 2014 r. moje największe marzenie się spełniło i zaczęła się moja przygoda z małym rudym stworzonkiem, łobuziakiem jakich mało. Jesteście ciekawi, jak wyglądały pierwsze dni (a w gruncie rzeczy także tygodnie i miesiące) Mangusia w nowym domu?

W hodowli
Hodowla Agita FCI. To tutaj wszystko się zaczęło - 24 lipca przyszły na świat piękne szczenięta, tutaj też po raz pierwszy zobaczyłam whippety na żywo i poznałam Mangusia.
Tego pamiętnego dnia, a był to czwartek, wraz z mamą wpakowałyśmy się w samochód i ruszyłyśmy do hodowli w Gosprzydowej. Na miejscu powitało nas szczekanie. Pani Sabine, hodowczyni, zaprowadziła nas do ogródka przeznaczonego dla szczeniąt. Gdy weszłyśmy, whippusie rzuciły się na nas. Papisiów było 7, a więc całkiem spora gromadka. Od początku wypatrywałam wśród nich tego z błękitną wstążką - Nando. Uśmiechnęłam się na jego widok. Na zdjęciach wyglądał jakoś tak... inaczej. Zresztą wszystkie szczeniaki zrobiły na mnie ogromne wrażenie - chude, drobne i... przesłodkie. Wrodzona szczupłość tylko dodawała im uroku.
Przy radosnym powitaniu jeden ze szczeniaków roztargał mamie kokardkę baletki. Który? Oczywiście Nando, znaczy Mango. Powinnam była nazwać go Urwis. ;)
Pani Sabine poleciła, żebym wzięła Mangusia na ręce. Podniecony obecnością gości psiak tak się szarpnął, że upadł na podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Cóż, do tamtej pory chyba jedynym psiakiem jakiego brałam na ręce był york sąsiadów, tak więc nie miałam w tym wprawy. Później oczywiście szybko to nadrobiłam. :P
Gdy przeszłyśmy do kuchni, mama i hodowczyni zajęły się rozmową i uzupełnianiem formalności, a Mango chodził i węszył, praktycznie nie zwracając na mnie uwagi.
Poszłyśmy jeszcze zobaczyć mamę szczeniąt i przy okazji także inne psy z hodowli. Dorosłe whippety wydały mi się... ogromne! A przecież psiaki tej rasy nie są takie znowu wielkie. Może wrażenie wzięło się stąd, że obserwowałyśmy psy przez ogrodzenie, a jeden nawet oparł się na nim przednimi łapami?
Na marginesie: ów psiak zwie się Caramelo (Sunny) i był dla nas bardzo miły. Kelsy, mama miotu, szczekała, ciotka Kaja zachowywała się raczej spokojnie. Wszystkie whippety zrobiły na mnie dobre wrażenie.

W drodze
Wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Z początku Mango był wyraźnie zaniepokojony, zdenerwowanie okazywał poprzez popiskiwanie. Szybko się jednak ogarnął, wyłożył na fotelach, kocu i przy okazji na mnie, po czym zapadł w niespokojny sen. Zanim jednak to uczynił, zwymiotował śliną (błe).
Podróż przebiegła w miarę spokojnie. Dojechaliśmy.

W domu
Wniosłam Mango do środka. Mama czym prędzej nasypała mu karmy. Piesek nawet jej nie tknął. Zamiast tego ruszył przed siebie i szybko znalazł sobie kryjówkę. Gdzie? W moim pokoju, pod łóżkiem.


(Prawie) cała rodzina zgromadziła się, by go zobaczyć. Jazda autem, nowe miejsce, obcy ludzie... Malec najadł się stresu i ani myślał wyjść z ukrycia. Gdy rodzina się rozeszła, próbowałam wywabić Mango spod łóżka. Ze 2 razy na wiele psiak wybiegł za piłeczką, zaraz jednak chował się ponownie. Mama przyrządziła mu ryż z mięsem i marchewką. Manguś nie mógł się oprzeć zapachowi i wylazł, by się pożywić.


Oczywiście po skończonej uczcie schował się na powrót. Zbliżała się noc, więc zanieśliśmy Mangusiowe legowisko pod łóżko.


Piecho natychmiast zasnął.
Pierwsza noc nie była wcale taka straszna. Mango spał spokojnie, zdarzało mu się popiskiwać, ale pod wpływem głaskania szybko się uspokajał.


Następnego dnia wcześnie wstaliśmy, ok. 5. Psiak się ośmielił i zaczął zwiedzać pokój. Zaglądał to tu, to tam. Bardzo spodobał mu się szarpak i zaczął go obgryzać.


Totalną furorę zrobił WĄŻ. ;)


Mango szybko się zadomowił i... zaczął rozrabiać. ;)

Mały uciekinier
Na przyjęcie pod swój dach nowego członka rodziny byliśmy gotowi, choć może nie w 100%. :P Mieliśmy zabawki, legowisko, miski, karmę, rękawicę do pielęgnacji, szczoteczkę i pastę do zębów... wszystko co niezbędne. Z jednym, a właściwie dwoma wyjątkami: obrożą i smyczą. W zoologu nie znalazłam nic godnego uwagi, a mama stwierdziła, że szczeniak i tak na początku będzie trzymał się blisko ludzi (od razu informuję, że mieszkamy na wsi), a spacerowe akcesoria zdąży się dokupić.
Rzeczywiście, trzymał się blisko nas przez pierwsze dni, ale w końcu stał się bardziej samodzielny. Szybko więc wyposażyliśmy się w smycz i obrożę (a wcześniej stworzyliśmy dla niego miniogródek; z czasem jednak zaczął przeskakiwać przez ogrodzenie). Ale jak wiadomo, whippet musi biegać, a szczeniak rozładować energię. Zabawa w domu to jedno, na dworze - drugie. A że my ogrodzenia nie mieliśmy (i nie mamy), spuszczałam Mango przed domem lub na pobliskiej polanie. Uciekał do sąsiadów albo na pola, by delektować się kupami (zjadał również kamienie i robale, poza tym tarzał się w czym popadnie i memłał zdechłe szczury... na szczęście już tego nie robi - za wyjątkiem tarzania). Teraz się sobie dziwię, że nie kupiłam linki treningowej. :P Poradziłam sobie i bez niej, jednak muszę przyznać, że z tym uciekaniem to był chyba nasz największy problem. Ale człowiek uczy się na błędach, a łobuz Mango wieeele mnie nauczył. Potrzebowaliśmy czasu, by stworzyć więź, za to teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.


Pierwszy spacer 
Nim Mango został zaszczepiony, odbywaliśmy spacery pod las.




Natomiast pierwszy spacer "do psów" whippusia, który miał wtedy ok. 4 miesięcy, poprzedzony został nieplanowanym spotkaniem z Maksem, yorkiem sąsiadów. Jesteście ciekawi szczegółów?
Spotkanie odbyło się w ogrodzie Maksia, pieski pobiegały sobie bez smyczy. Mango był straszliwie podekscytowany - w końcu Małpka (lubię przezywać tak Maksa) był pierwszym psem z jakim mój szczekacz miał do czynienia, odkąd opuścił hodowlę (no dobrze, wcześniej był jeszcze Ciapek, ale podczas "spotkania" trzymałam Manguska na rękach, więc piechy mogły się tylko sobie przypatrzeć i obwąchać z odległości).
Nie sposób było nie zauważyć, że dorosły yorkshire terrier i szczenię whippeta miały praktycznie tę samą wielkość! Manguś był chyba nawet ciut większy, ale nie jestem pewna. Teraz to Maks wygląda przy Mango jak szczeniaczek. ^_^
Po gonitwach z nowo poznanym kolegą, nadeszła pora na część właściwą, czyli spacer.
Mango był zestresowany, także przeszliśmy króciuteńki odcinek. Stresu dostarczały oczywiście psy - zwłaszcza szczekające za ogrodzeniami. Spotkaliśmy również parę wolno chodzących, z którymi Mangusio się przywitał (obwąchał). Przez cały spacer starałam się podtrzymać malca na duchu, radosnym, pewnym głosem zapewniając, że przecież nie ma się czego bać. Sprawiało to, że szczeniak szedł z nieco większym przekonaniem, ciągle jednak nieufny.
W końcu zawróciliśmy, ponieważ Mango ujrzał dwa wielkie psy biegające za ogrodzeniem i odmówił dalszej wędrówki. Zresztą ściemniało się.
Z czasem spacery się wydłużyły, a Manguś przestał drżeć na widok innych psów. Właściwie to już 2. i 3. spacer wyglądały o wiele lepiej. A więc HAPPY END! :)

Uwielbiam wspominać, ach!